Wybrane fragmenty pracy magisterskiej Marka Jankowskiego
pt. "Raz, Dwa, Trzy - Monografia zespołu"


KONTRABAS

 

Imię i nazwisko.

Mirosław Kowalik.

 

Data i miejsce urodzenia.

14.03.1965, Wałbrzych.

 

Rodzina

Żona - Iza

Dzieci - córka i syn

 

Rodzice.

"Tato - pochodzi spod Częstochowy, ciężko pracował w kopalni, nauczył mnie radzić sobie w życiu, zasugerował mi kupno pierwszego instrumentu. Miał do mnie zaufanie, zawsze mogłem brać pieniądze, które leżały w określonym miejscu. Nie nadużywałem tego jednak.

Mama - dziewczyna z Mazur, jechała do pracy w Czechosłowacji, mówiła mi, co wolno, a czego nie wolno, podobnie jak ojciec, niczego mi nie kazała., na bardzo wiele mi pozwalała, od siódmej klasy mogłem sam wyjeżdżać z domu i zawsze mogłem z nią pogadać o wszystkim. W wieku 58 lat zrobiła prawo jazdy i ciągle pracuje nad sobą."

 

Co mi zostało w pamięci z najmłodszych lat?

"Mama brała mnie na ręce, a ja wspinałem się po brzuchu i robiłem fikołki, miałem wtedy ze dwa lata."

 

Przedszkole i psy.

"Bardzo nie lubiłem chodzić do przedszkola, ale prowadzili mnie tam rano, byłem wściekły, bo nie znosiłem wcześnie wstawać, a jak już doszedłem i się rozbudziłem, to było w porządku., sympatycznie nawet, bawiliśmy się, itd. W okresie przedszkolnym byłem pewnego razu na polanie w lasku, gdzie pewien pan biegał sobie z pieskiem, który bardzo mi się spodobał. Poprosiłem tego pana, by mi dał tego pieska i nie wiadomo czemu, on się zgodził. Trzymaliśmy go najpierw w domu, a potem, jako że rodzicom to nie odpowiadało, w komórce, gdzie miał swoją budę. Zawsze chciałem, by piesek odprowadzał mnie do przedszkola, więc mama brała go na sznur, szliśmy sobie we trójkę, a za nami ze dwadzieścia psów."

 

Mały gitarzysta.

"Miałem sześć i pół roku, gdy odwiedził mnie chrzestny i dał mi trzy stówy, a w tym wieku miewa się problemy z wydawaniem pieniędzy, więc ojciec zaproponował, że dorzuci jeszcze dwie, by wystarczyło na gitarę. Co też się stało. To był mały Defil, na którym grałem do 11 roku życia. Byłem samoukiem, podglądałem gitarzystów w telewizji, widziałem jak młodzież grywała, czasem o coś zapytałem. Sam wymyśliłem sobie strój na gitarę, sam powymyślałem chwyty i właściwie potrafiłem zagrać ze słuchu wszystkie znane mi melodie. Problemy miewałem oczywiście z trafieniem w tonację, bo znałem tylko dwie, czy trzy, ale wtedy to nie był problem. W drugiej klasie podstawówki wykonałem publicznie na apelu dwie swoje własne piosenki żołnierskie. Moja była i muzyka i tekst typu "Idzie żołnierz zakochany...". Pani była bardzo zaskoczona i zdziwiona, że coś takiego tworzy ośmiolatek. Nieco później zaczęto mnie prosić o lekcje gry na gitarze, ale byłem nieco za młody, by to czynić. Z drugiej strony w ognisku muzycznym, do którego uczęszczałem przez 3 miesiące piątej klasy, też niczego nowego Pan nie potrafił mnie nauczyć. Może oczekiwałem za dużo, a może byłem zbyt niecierpliwy."

 

Wychowawczyni, a podstawówka.

"Wychowawczyni, stara panna zresztą, zawsze wydawała mi się wredna, skarżyła rodzicom, że jestem łobuzem, itd., i tak było do szóstej klasy, gry odkryła, że gram na gitarze. Od tego czasu nie dość, że regularnie grywałem na apelach, to jeszcze uczyłem ją gry na gitarze, bo w międzyczasie sporo się nauczyłem, znałem akordy, chwyty, itd. Wtedy wychowawczyni bardzo mnie polubiła, traktowała mnie inaczej, a w szkole zaczęto mnie cenić, oczywiście nie dzięki nauce, ale grze na gitarze. Uczniem byłem średnim, wszystko oscylowało wokół czwórki."

 

Średniodystansowiec.

"W podstawówce jeździłem na wszelkie zawody sportowe, które często wygrywałem, dzięki czemu w ósmej klasie ściągnęli mnie do "Górnika Wałbrzych", do sekcji lekkoatletyki, gdzie chciano ze mnie zrobić sportowca. W ósmej klasie wygrałem Mistrzostwa Dolnego Śląska Młodzików na 1500 m z czasem 2.52, 400 m wtedy biegłem w 54 sekundy i podobno to było bardzo dobrze. Zresztą na studiach też biegałem."

 

Szkoły średnie.

"Wymyśliłem sobie, że pójdę do szkoły rolniczej, gdzie złożyłem papiery, ale w ostatniej chwili, chyba ze względu na 15 km odległości zrezygnowałem i zdecydowałem się na szkołę energetyczną. Mimo, iż oceny bez problemu pozwalały mi znaleźć się w technikum, wybrałem szkołę zawodową, dlatego, że uczył się w niej mój przyjaciel, którego troszkę podziwiałem. Uczyłem się cieńko, bez zaangażowania i pracy, średnią miałem nieco ponad 3,5, ale to i tak wystarczało, by być w czołowej trójce w klasie, która na koniec roku zawsze dostawała nagrody: portfele, książki, itp.

Po trzech latach zawodówki zdałem egzamin do technikum, gdzie uczyłem się trzy kolejne lata. Zajęcia prawie się nie różniły, nauczyciele byli ci sami, klasy te same, może trochę poważniej nas traktowano, no i nazywało się to "technikum". Początkowo jechałem na "trójeczkach". Po pierwszym roku technikum za namową kumpla postanowiłem zdawać do średniej szkoły muzycznej na wokal, jako że nie wymagało to wcześniejszego przygotowania. Z braku miejsc na wokalu zaproponowano mi kilka instrumentów do wyboru, m. in. kontrabas, na który się zdecydowałem i już po pierwszej klasie otrzymałem świadectwo z wyróżnieniem, z czerwonym paskiem, co niesamowicie zdziwiło mojego wychowawcę z technikum. Jeszcze bardziej zaszokowały go same piątki na świadectwie półrocznym, a później końcowym Mirka Kowalika w klasie maturalnej technikum. Po prostu zabrałem się do nauki, bo chcąc kontynuować edukację muzyczną i nie iść do wojska, musiałem dostać się na studia. Maturę zdawałem z polskiego, rosyjskiego, z matematyki (ściągnąłem) i z propedeutyki. Poszło bez problemów i stresów, podobnie jak później na egzaminie na studia."

 

Pierwsze zespoły.

"Mój pierwszy zespół zgrałem z kolegami o trzy lata starszymi w ósmej klasie podstawówki i nazywał się "Oni - majks", a drugi człon nazwy wyglądał tak, bo były to pierwsze litery naszych imion. Graliśmy własne wersje utworów pisanych przez kolegów pod Beatlesów. Jeździliśmy na przeglądy, mieliśmy swoją własną publiczność, a ja grałem na gitarze basowej, choć nigdy wcześniej tego nie robiłem, ale bardzo szybko zaskoczyłem. Po kilku latach rozpadliśmy się. Od ósmej klasy grywałem także wesela z dziadkami, co mieli po 60 lat, ale zasuwali rewelacyjnie walce, tanga, francuskie melodyjki. Zarabiałem za jedno wesele tyle, co robotnik przez dwa tygodnie, czyli jak na ósmoklasistę to chyba nieźle. Kasę zarabiałem także w orkiestrze górniczej, grając najpierw na werblu, a potem na klarnecie, na którym nauczyłem się tylko dwóch utworów, a przy pozostałych to udawałem , że gram, bo byłem leniwy. Już w szkole średniej założyłem kolejny band, nazywał się "Taryfa nocna" i graliśmy pop. W "Respekcie" graliśmy heavy - metal, z harcerzami grałem w kabaretowym "Wielkim czerwonym syfie" i zespole, którego nazwy nie pamiętam grałem blues i pewnie jeszcze coś by się znalazło, a najciekawsze jest to, że zawsze byłem liderem i zazwyczaj większość materiału to ja komponowałem. W technikum grałem dodatkowo w Zespole Pieśni i Tańca "Wałbrzych", gdzie poznałem Grzesia Szwałka, z którym zresztą uczęszczaliśmy razem do kółka recytatorskiego!"

Mirek w mundurze górnika

 

Muzykowanie na wielu frontach.

"Najbliższe studia związane z muzyką, a nie wymagające ukończenia średniej szkoły muzycznej, były w Zielonej Górze. Było to wychowanie muzyczne przy WSP, gdzie wylądowałem w połowie lat 80-tych. Początkowo próbowałem pogodzić studia ze szkołą muzyczną, ale podejście tutejszego nauczyciela gry na kontrabasie pozostawiało wiele do życzenia i zrezygnowałem. W Zielonej Górze założyłem też jazz - rockowy "Ofert Guinn", w którym sobie pogrywałem z kumplami. W tej formacji pojawił się na krótko Grześ Szwałek na saksofonie. Przez kilka lat działalności zespołu przewinęło się przez niego wielu muzyków i w sumie było zabawnie i mogłem też dużo pracować, bo na uczelni to się raczej obijałem: chóry, wyjazdy, nowi ludzie i tak zwyczajnie. Na drugim roku spiąłem się ponownie i postanowiłem jednak kontynuować naukę w średniej szkole muzycznej, ale nie w Zielonej Górze, tylko w Wałbrzychu, gdzie była dużo lepsza atmosfera. W związku z tym dwa razy w tygodniu jeździłem do Wałbrzycha na zajęcia, jednocześnie ćwicząc z "Ofert Guinn" i studiując, a od końca II roku przyjąłem dodatkowo propozycję gry w countrowym bandzie "Grupa Rogala", gdzie grałem 3 lata. Z tą grupą pojechaliśmy m.in. na Mistrzostwa Europy w muzyce country po których jako jedyny zespół z krajów socjalistycznych znaleźliśmy się na płycie . Żyłem z gry w grupie Rogala, z grania chałtur, niekiedy dostawałem lub pożyczałem też kasę od rodziców. Tak to się toczyło, aż do ukończenia czwartego roku studiów i 5 klasy szkoły średniej, bowiem wtedy zaczęła się już gra w 1,2,3 na gitarze basowej. Ćwicząc cały czas na kontrabasie na rok podziękowałem za naukę w szkole muzycznej i skończyłem studia. Wtedy ku zaskoczeniu pedagogów ze szkoły muzycznej z oceną bardzo dobrą ukończyłem również "średnią" i stałem się muzykiem ze średnim wykształceniem. Dzięki temu przez 3 lata mogłem pracować w Zielonej Górze w Ognisku Muzycznym z dzieciakami, co zresztą wspominam bardzo dobrze. W międzyczasie komponowałem, m.in. dla Dagmary Korony - Persowskiej (laureatki wielu konkursów, wyróżnionej np. w Krakowie na Festiwalu Studenckim), dla oazowców - piosenki religijne - niektóre nawet przetrwały i są do dziś na pielgrzymkach i zlotach młodzieży katolickiej śpiewane."

 

Srebrny medalista.

"Na drugim roku WSP organizowało Dzień Sportu, gdzie na 400 metrów pobiegłem trochę za szybko. W związku z czym zainteresowali się mną wuefiści, którzy postanowili wysłać mnie na uczelniane mistrzostwa Polski do Białegostoku. Wiązało się to z tym, iż nie musiałem chodzić na w-f, pod warunkiem, że będę chciał, na co przystałem. Przyłożyłem się dopiero przez ostatnie 3 miesiące, więc w Białymstoku byłem w niezłej formie i znalazłem się na szóstym miejscu na 400 m, a na 800 m zdobyłem srebrny medal, dzięki czemu dołożyłem swoją cegiełkę do ogólnego zwycięstwa WSP Zielona Góra w tych zawodach. Medal, podobnie jak i te wcześniejsze trzymam w domu w Wałbrzychu, na specjalnym honorowym miejscu. Innym, bardziej wymiernym docenieniem moich umiejętności sportowych była nagroda uczelni w wysokości 300 zł, a to wtedy były niezłe pieniądze, miesiąc można było za nie wyżyć."

 

Mirek z zespołem Raz, Dwa, Trzy