Panie Krzysztofie.
*
Pana wypowiedź wypełniona jest szczerością i otwartością. Wiele z poruszanych zagadnień leży mi na sercu i boli tak samo jak Pana.
*
Jeszcze raz powtórzę. Zwróciła się do mnie Fundacja Taty i Mamy z prośbą o podpisanie listu. Nie spytałem, gdzie będzie opublikowany. To być może mój błąd. Nie znam sprawy rysunku z kozą. Jeżeli był obraźliwy to przecież świadczy to o tym kimś, kto prezentuje taki właśnie sposób myślenia. Zależy Panu na tym, żeby nie pojawiały się takie, czy inne rysunki, teksty, oraz inne „dzieła sztuki homofobicznej”. Panie Krzysztofie. Nie wpisuję się w linie światopoglądową żadnej gazety, gdyż w gazetach mamy do czynienia z komentarzem, interpretacją, w sporadycznych wypadkach z zapisem rzeczywistości. Ale zawsze jest to rzeczywistość przedstawiona przez kogoś. Kontakt z samą rzeczywistością jest znacznie ciekawszy. I życzyłbym Panu i sobie, żeby kreatorzy rzeczywistości medialnej umieli powściągać swoje talenty. Choć tego prawdopodobnie nie uda się nam już zmienić. Zawsze znajdzie się wyrywny, który zechce udowodnić swoje lekceważenie, wyższość, czy wykazać się siłą źle użytej inteligencji. Gdyby mój tekst zechciała zacytować np. gazeta „Nie”, która ma na swoim kącie przynajmniej kilka obelżywych wypowiedzi, także nie miałbym na to wpływu. Wiem natomiast, że po ukazaniu się listu rozdzwoniły się telefony, a przedstawiona przeze mnie argumentacja w całości się nie ukazała. A dzwoniło do mnie kilkunastu dziennikarzy z różnych pism. Dlatego napisałem tekst na stronie. W dalszym ciągu bliski jestem przekonaniu, że nie ma w mojej wypowiedzi niczego obraźliwego. Poza jedną uszczypliwością, która z tego, co mi powiedziano jest cytowana w różnych miejscach przez osoby homoseksualne i budzi w tychże niezrozumiałą egzaltację. Uszczypliwość ta dotyczy samczego uśmiechu. Gdybym chciał zastosować płynne reguły ocen osoby przedstawiającej się jako „Largo-san”, mógłbym napisać, że to tylko słowa. Ponieważ Pan reprezentuje inny sposób myślenia z tej metody w naszej wymianie zdań zrezygnuję. Może było to niepotrzebne. Jeśli to zdanie Pana w jakiś sposób dotknęło, wyrażam z tego powodu ubolewanie.
*
Panie Krzysztofie. Przywiązuje Pan wagę do efektu medialnego. Tak, w celu załatwienia jakiejś sprawy trzeba tak postępować. To nas różni, ale w tej różnicy nie ma nic złego. Ja do efektu medialnego wagi nie przywiązuję zgodnie z tym, co napisałem wczoraj na zakończenie. Natomiast ciekawa dla mnie jest rozmowa z Panem z powodów, które umieszczone są na początku tej strony.
*
Panie Krzysztofie. Może nie tyle powinniśmy brać poprawkę na seksualność, co na odmienność. Na każdą odmienność. Czy jesteśmy wszyscy przygotowani na branie takiej poprawki? To co Pan napisał jest w zgodzie z tym, co myślę. Również to otwarcie, o którym Pan wspomniał jest dla mnie w pełni zrozumiałe. Ale można powiedzieć, że z powodów przez Pana podanych ujawniana spontaniczność bywa odmienna od tej, którą obserwatorzy są wstanie zaakceptować. Dokładnie tak samo, jak ktoś, kto będąc w tłumie, wykonuje inne czynności niż tłum. Czy dziwimy się tłumowi, że reaguje na coś, co wymyka się z jego substancji? Nie, prawda? Dziwimy się temu, że coś jest odmienne. Nie dziwmy się, że coś jest dziwne. To, że się dziwimy odmiennością jest naturalne. I to, że czegoś nie rozumiemy, również. Jeśli to, czemu się dziwimy zmusza nas do innej reakcji niż zdziwienie, które jest naturalne, popadamy w konflikt z samym sobą. Nie wszyscy ten konflikt będą potrafili rozwiązać od razu. Jeszcze inni wcale. Po wypowiedziach zamieszczanych od niedawna na stronie można przypuszczać, że przypadłość ta dotyczy, przynajmniej w komentarzach, głównie obrońców praw mniejszości.
*
Panie Krzysztofie. Proszę nie odmawiać osobom heteroseksualnym możliwości współodczuwania, czy umiejętności spojrzenia na świat oczami innej osoby. To nie jest trudne w realizacji. Wystarczy kilka zabiegów z terapii interpersonalnej, by osoby biorące w takich zajęciach udział, dość szybko nauczyły się postrzegać świat inaczej. Najpierw postrzegać, a być może także współodczuwać. Mówi się również o podobieństwie wrażliwości kobiet heteroseksualnych i mężczyzn homoseksualnych. Nie wiem, czy Pan, ale ja się z takim porozumieniem międzyludzkim się spotkałem.
*
Panie Krzysztofie. Różni ludzie byli szykanowani przez SB. Jeśli można – od księży po homoseksualistów, lub odwrotnie. SB, jak wypowiadają się do dzisiaj osoby w tejże instytucji zatrudnione, „po prostu wykonywały swoją czynność, powierzone zadanie i nikomu nie robiły krzywdy. Może pewne przykrości z tego wynikały…”. Czy można zatem narzekać na skutki ich działań? Pan „Largo-san” jest wyznawcą idei lewicowej, której u podłoża leży idea równości i sprawiedliwości społecznej. Niestety przez długi czas wykonawcy ideowi odbierali oponentom, godność, cofnęli rozwój kraju o dziesięciolecia.. Dla niektórych PRL trwał za krótko, dla innych przerażająco długo. Dla innych w ogóle nie trwał, bo zostali zamordowani. Wierzę, że to prześladowani i zabijani mogliby się stać symbolami, które pan „Largo-san” używałby jako przykład do upominania się o należne prawa. Zapewne nie życzyłby sobie, żeby w dobrze poukładanym kraju za jaki do dziś niektórzy uważają PRL, ktoś mówił Mu, co można powiedzieć, a czego nie. I jakie z tego, po przekroczeniu obowiązujących przepisów wynikały konsekwencje. Panie Krzysztofie. Proszę przypomnieć Panu „Largo-san”, że „Słońce Komunizmu, Ojciec Narodów i Wielki Brat” jest, jak jeden z wielu, odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi. W tym również homoseksualistów. Gdyby nie utopijna wiara patronów komunizmu w ideę równości i braterstwa, być może homoseksualiści tańczyliby dzisiaj na ulicach tak, jak się to dzieje na zachodzie. Na zachodzie, z którego przedstawiciele mniejszości seksualnych przyjeżdżają twierdząc, że żyjemy w policyjnym kraju i nie mamy pojęcia o nowoczesnym światopoglądzie. Tylko jakieś średniowieczne anachronizmy. Oni wiedzą jak edukować tutejszych homofobów. Zapraszamy. Żyjemy w kraju, w którym przerwano naturalny proces zmian społecznych i kulturowych. Odbudowywanie tych struktur potrwa jeszcze dość długo. Z powodu okupacji niemieckiej, a później sowieckiej. Tak wynika z historii współczesnej. Przy czym, jak twierdzą ci, którzy przeżyli obie okupacje, ta druga była niepomiernie dotkliwsza pozostawiając w każdym z nas, wysysany z mlekiem matki wirus lęku, uprzedzenia, kombinatorstwa, sprytu, ksenofobii, oraz genetyczną chorobę świadomości nazwaną trafnie „homo sovieticus”. Nadmienię jeszcze, że niektórzy intelektualiści np. francuscy, całkiem świadomie i na zaproszenie komunistycznych władz odwiedzali „ojczyznę narodów”. Moglibyśmy ich nazwać „użytecznymi idiotami”, ale tego nie zrobimy. Oprowadzani po miejscach starannie przygotowanych dla zagranicznych delegacji, mogli się zorientować w planowanej na najbliższe dziesięciolecia świetlanej przyszłości. Gdyby praktycznie zastosować tutaj sposób myślenia Pana „Largo-san’a”, flirt wspomnianych intelektualistów francuskich byłby niewybaczalny do czwartego pokolenia w tę i nazad. Flirtującym intelektualistom nie chciało się jednak na stałe przeprowadzać najpierw do Związku Radziecku, a później do Krajów Demokracji Ludowej. Dobrze było wrócić do ulubionego stolika w Paryżu, wypić prawdziwą, naturalną kawę z ekspresu i wymienić cenne uwagi na temat pobytu w raju na ziemi… „I zjeść rogalik, który był tak smaczny, że byłby smakował umarłym, gdyby zmartwychwstali”. To Josif Brodzki, który był wielkim wyznawcą W. H. Auden’a. Pan „Largo-san” będzie zorientowany.
*
Panie Krzysztofie. Ludzie rozmawiają w pracy o różnych rzeczach. Czy powinni spontaniczną wymianę zdań dostosowywać do osób homoseksualnych akurat przebywających w ich otoczeniu. Do czego to chcemy sprowadzić? Jeśli w pobliżu jest homoseksualista to nie rozmawiamy o dzieciach, bo będzie mu przykro? Jeśli już unikajmy takich rozmów to raczej z powodu wrażliwości, a nie odmienności seksualnej. Nikt przy zdrowych zmysłach nie opowiada zabawnych historyjek o dzieciach w obecności kobiety, która poroniła. Ale i ta kobieta będzie się w końcu z takim tematem musiała zmierzyć. Czas, na wszystko potrzebny jest czas. Życzliwość i wyrozumiałość. Tego nie musimy zastępować tolerancją.
*
Panie Krzysztofie. Napisałem dlaczego jestem przeciw paradzie. Żeby się nie powtarzać powinienem wkleić tu kilka fragmentów, zanim ktoś z „życzliwych” zrobi to wybiórczo za mnie w celu pokazania mojego prawdziwego homofobicznego oblicza. Ma pan słuszność mówiąc o tym, że zamanifestowaniu prawdziwego „ja” może służyć psychologia tłumu. Wtedy ktoś, kto czuje się stłamszony dokonuje swej naturalnej prezentacji. Ja zgłosiłem zarzut odnoszący się do braku autorskiej, rodzimej kreatywności. Wierzę, że stać Państwa na to, by czerpiąc to co dobre z wzorców zachodnich, będziecie umieli przełożyć to na język zrozumiały dla mieszkańców naszego kraju. Dla Waszego bezpieczeństwa i dla możliwości absorpcyjnych tubylców. Parada Panie Krzysztofie, jeśli się odbędzie to ze mną, czy beze mnie. Ani nie odczuję z tego powodu troski, ani triumfu. Będę przypatrywał się tylko. I myślał o Panu. Myślał o tym, czy wszystkie zamierzenia spełniane są tak, jak to Pan sobie wyobrażał…
*
Panie Krzysztofie. Nie jestem przeciwnikiem adopcji. Jestem przeciwnikiem sformułowania „prawo do dziecka”. Jest mi po ludzku smutno, kiedy kobieta i mężczyzna nie mogą zostać rodzicami. Dla niektórych jest to wiadomość druzgocąca. Bywa, że się rozchodzą. Jeszcze inni zmagają się z in vitro. Problem in vitro może wynikać między innymi z ekonomii. Cała procedura jest kosztowna dla przeciętnego kandydata na rodzica. Czasem udaje się za pierwszym, czasem za kolejnym, w zależności od wielu czynników. Czasem w ogóle. Dla dobra kieszeni zainteresowanych i większego prawdopodobieństwa udanego zabiegu/zabiegów, gromadzi się pewną ilość zapasowych zarodków. Gdyby każdorazowo wypełniać procedury od nowa, niewielu byłoby stać na podobny zabieg. A i tak jest drogo. In vitro uległo uprzemysłowieniu. Chwała Bogu i ludzkim talentom za to, że znaleziono sposób na wspomożenie rodziców za pomocą in vitro. Co dalej uczyniono z tą metodą i w jaki sposób ludzie z niej korzystają? Przemysł. A w przemyśle nie ma miejsca na sentymenty. Albo się opłaca, albo nie. Czy w ten sposób mamy traktować samych siebie? Preparaty do zapłodnienia. Statywy do ciąż? Każda trywializacja tego tematu czyni z osoby rzecz. Tak bywało z wieloma wynalazkami, które jeden człowiek w dobrej wierze wymyślił dla dobra drugiego człowieka. Od ognia, przez proch, po viagrę. Czy naprawdę dla Pana również nie ma znaczenia, że Felek z Frankiem „zdobędą” dziecko i najpierw Felek będzie mamą, a za chwilę Franek. W zależności od tego, jaka rola komu się spodoba, lub znudzi. Czy bycie rodzicem polega tylko na technicznym wykonywaniu przy dziecku zestawu czynności służących utrzymywaniu higieny, ciepła, zaspokojenia głodu? Czy nie ma znaczenia kto i w jaki sposób je przytula, a ta różnica w przytulaniu jest dla dziecka bardzo ważna? Czy nie ma znaczenia kto nas dotyka? Kto przekracza intymną granicę jednego metra? Czy Pan, Panie Krzysztofie podpisuje się pod tym? Czy w dziecku dopuszczamy możliwość odczucia tęsknoty za przedstawicielem wybranej płci. Tęsknoty za mamą - kobietą? Za tatą-mężczyzną?. Bywa, że przyszli rodzice podejmują decyzję o adopcji. Jedni czekają na noworodka, inni adoptują dziecko (dzieci) starsze. Ludzie adoptują też dzieci niepełnosprawne. Z własnej i nieprzymuszonej woli. Co para to inaczej, prawda? Inni jeszcze adoptują kilkoro. Inni adoptują i oddają. W każdym, kto ma odrobinę wrażliwości takie oddawanie dziecka przez parę heteroseksualną budzi sprzeciw i złość. I ta złość również będzie się budziła, gdy zgodnie z ogłoszonym prawem para homoseksualna adoptuje dziecko, a potem odda. Większa złość. Wynikającą z konkluzji, że przecież tak bardzo chcieli, walczyli, a teraz oddają. W każdym z nas jest jakaś słabość, której zaprzeczamy. W przyszłości jakaś para homoseksualna odda po raz pierwszy adoptowane dziecko. I proszę nie spieszyć z zapewnieniem, że tak się nie stanie, bo tego wiedzieć nie może, ani Pan, ani ja, ani pozostali Państwo komentujący się wzajemnie. I wtedy powstanie rwetes. Taki będzie rozwój wydarzeń. W tym wypadku nikt oczywiście nie chciałby grać głównej roli w przekazach medialnych. I nie będzie to „równo i sprawiedliwie”. Nigdy nie będzie równo i sprawiedliwie, choć z takim morderczym animuszem próbowało być. Zawsze znajdzie się jakaś ludzka łajza psująca najszczytniejszą ideę. W szeregach partyjnych, kościelnych, szkolnych, mniejszości seksualnych itd. I to Panie Krzysztofie z banalnego powodu, jakim jest nasza słabość i uleganie pokusie..
*
Panie Krzysztofie.
Nie odczuwam potrzeby manifestacji czegokolwiek. Czy ktoś zinterpretuje moją postawę tak, albo inaczej nie będzie jeszcze oznaczało, że moja postawa jest właśnie taka jak ją zinterpretowano. To tylko interpretacja. Niekiedy złośliwa i kąśliwa, ale tylko interpretacja. Mająca na celu postawienie interpretowanego w jak najbardziej niekorzystnym świetle. Tego właśnie uczyli propagandowi specjaliści od czasów międzywojennych, wojennych i powojennych, kiedy to propaganda z pomocą nowych technik medialnych osiągnęła niespotykaną dotąd skuteczność. Teraz mamy nowe techniki, ale sposoby pozostały niezmienne.
*
Panie Krzysztofie. Często dajemy się zwodzić i zamiast przeciwstawiać się złu tracimy niezbędną siłę na zmaganie się z ofiarami zła - winowajcami. Zło dotyka każdego z nas. I każdy z nas w jakimś stopniu jest używany przez zło. To w w żadnej mierze nie usprawiedliwia jakiegokolwiek winowajcy. Ale daje inną perspektywę. Ksiądz molestujący dziecko jest potworem. Mało tego. Tą potwornością zaraża dziecko. Jest w prostej linii kontynuatorem, nosicielem zła. Słusznie Pan zauważa, że temu właśnie należy się sprzeciwiać. Ale również i w tym wypadku nie zawędruję na barykadę. I to jest postawa, która nie skutkuje biernością tylko inną formą mierzenia się złem. I nie wezmę udziału w WALCE ze złem. Ponieważ im bardziej ze złem walczymy, tym bardziej zło obrasta w siłę. Jego zwodniczość polega na tym, że nie można go nazwać. Im skuteczniej chcemy je nazwać, tym skuteczniej wymyka się nazywaniu. Nie wiemy kto i z jakiego powodu chce zostać księdzem. Często, jako pedofil potrafi się bardzo dobrze zamaskować, ukryć swoje złowieszcze intencje. Bo zło działa bardzo sprytnie i podstępnie. Ujawnionych pedofili w kościele należy sądzić i wymierzać im karę. I pozwolić, by po odbyciu kary, co jest w myśl sprawiedliwości społecznej, wrócili na łono społeczeństwa. I w tym miejscu Pan i ja nabieramy nowych wątpliwości. Przecież przestępca odbył karę, a osadzenie go na lata w więzieniu powinno skutkować zanikiem tendencji pedofilskich. Czy przestał być pedofilem? Czy kara osadzenia jest tym środkiem represyjnym, zaradczym, który uleczy ludzi z pedofilii? Odpokutował, ale za czyn, za skutek, ale przyczyna pozostała. Źle i niesprawiedliwie, jeśli dbający o dobre imię Kościoła, „zamiatają sprawę pod dywan”. To typowy przykład odwrócenia hierarchii rzeczy. Najpierw dobre imię Kościoła, a potem dobro człowieka. Bo dobre imię i opinia nas powinna być podległa dobru jednostki. Kto myśli inaczej ten w niedalekiej przyszłości zastosuje zasadę „po trupach do celu”.Ale wie Pan doskonale, że ważniejsze w tym wszystkim jest dziecko jako ofiara. To ono w przyszłości będzie musiało zmierzyć się z traumą. I niestety na tych, którzy najczęściej nie mają nic wspólnego z całym procederem kar i win, spoczywa obowiązek pomocy skrzywdzonym. I to ci ludzie pomagający skrzywdzonym dzieciom biorą na siebie ciężar i zmaganie się z jednym z przejawów zła. I za to nie ma żadnego wynagrodzenia. Taka postawa nie wynika z żadnego światopoglądu, poglądu, przynależności do jakiejkolwiek partii, ruchu społecznego. Wynika z głosu serca. To wynika z relacji człowiek – człowiek. Nawet gdyby Kościół zapłacił odszkodowania patroszące jego rzeczone skarbce do zera, nie zniknie problem pedofilii. I nie zniknie również, gdy przy każdym księdzu towarzyszącemu dziecku postawi Pan kontrolerów, czy ochroniarzy. Problem pedofilii leży w samej słabości człowieka, a nie w jakiejkolwiek instytucji.
*
Panie Krzysztofie. Czy wyobraża Pan sobie, że stoję po stronie tych, którzy rzucają kamieniami w manifestujących odmienność? Po tym, co napisałem? Dla takiej formy sprzeciwu nie ma żadnego usprawiedliwienia. Państwo biorąc udział w przemarszu pokazującym istnienie ludzi o odmiennych preferencjach seksualnych wykazujecie się odwagą. Ale wśród Was samych znajdą i znajdują się tacy, którzy prowokują nie wytrzymując napięcia. Również z wymienionych wcześniej powodów, np. tłamszonej osobowości. Dlatego pisałem o sposobie. Ale mam na myśli sposób działania, który nie jest podszyty sprytem. I dlatego z Panem, właśnie z Panem o tym rozmawiam. Jest kilka nielicznych powodów, dla których mógłbym wziąć udział w jakiejś manifestacji. I wziąłbym, gdyby któreś z moich dzieci okazało się być odmiennym i potrzebowało mojego wsparcia. I nie ma dla mnie znaczenia opinia, którą ktoś wyrobił sobie na mój temat. I nie wezmę udziału w manifestacji, gdyby któreś z moich dzieci okazało się być w przyszłości faszystą. Mało tego. Będę nie zrażając się niepowodzeniami przeciwstawiał się takiej postawie wynikającej z wiary w katastrofalną ideę. Co do strojów… Wiem Pan tak samo dobrze jak i ja, że styliści tworzący stroje erotyczne „przykrawają” je w taki sposób, aby służyły wzmaganiu bodźców. I w tej dziedzinie nie cofną i nie cofają się przed nikim i niczym. Nie będę tracił czasu na poszukiwania w internecie, gdyż z łatwością można odnaleźć fotografie potwierdzające moją i nie tylko moją wątpliwość. Nie jestem też pruderyjny i ktoś w stringach i czapce łudząco podobnej do wojskowego nakrycia głowy z lat 1939-45 nie zaprząta mojego umysłu. Wolę zamiast tego w rozmawiać z Panem.
*
Dziękuję Panu za to zakończenie podsumowujące tekst. Tak byśmy mogli oboje widzieć czyjąś obecność wśród innych. Chęć i potrzebę każdego z nas do dawania z siebie jak najwięcej innym. To jest przesłanie, które mnie ujmuje, trafia i stawia sprawy w odpowiedniej hierarchii. Nie brakuje dziedzin życia, w których można oddać się innym.
*
*
*
Panie Jakubie. Nie będzie Pan traktowany, ani lepiej, ani gorzej. Będzie Pan traktowany przeze mnie z należytym szacunkiem. Nie ma tu żadnego obowiązku ujawniania swoich danych osobowych. Zważywszy na realia panujące w naszym kraju raczej bym odradzał.
*
Panie „Largo-san”. Nie wiem doprawdy dlaczego uważa się Pan za paskudnego. Z pewnością jest Pan dobrym człowiekiem stając tak radykalnie w obronie innych. Z adekwatnym do rozwoju wydarzeń refleksem. Niskiej samoocenie można zaradzić. Nie wiem, czy Pan jest komunistą, socjalistą, lewakiem w swojej najbardziej radykalnej odmianie. To mogłoby być istotne biorąc pod uwagę Pańską zdolność do reakcji na ludzkie niedoskonałości. Bałbym się świata urządzonego w myśl idei, której się Pan tak oddaje. Przypuszczam jednak, że ilość pryzmatów przez które zerka Pan na świat, przysłania Panu tenże. Oby się nie potłukły. Skaleczyć się można i wtedy do doktora trzeba. Nie rozumiem także dlaczego przypina Pan „gębę” poety komuś, kto nie jest poetą? Termin „poezja śpiewana” wymaga jednak definicji. Czy mogłoby oznaczać, że wiersz do którego ktoś przystawia nuty można określić terminem „poezja śpiewana”? Ja nie piszę wierszy, a tym bardziej nie komponuję do nich muzyki. Nie można Szanowny Panie tak upraszczać spraw.. Z tej prostej przyczyny, że w wierszu jako takim zawarte jest wszystko łącznie z muzyką, więc komponowanie muzyki do muzyki zawsze będzie budziło wątpliwości. Muzyka, rytm, czas, struktura, zapach, obraz to wszystko i więcej jeszcze zaklęte jest w słowach wierszy i za pomocą słów, ich znaczeń gra najdoskonalej w ludzkiej wyobraźni. I nie ma takiej sali koncertowej na całym świecie, ani takiego instrumentu, ani takiego wirtuoza, który sprostałby tej sile ludzkiej wyobraźni. Pańskiej również. Poezja do której skomponowano muzykę traci swoją pierwotną ważność. W konsekwencji przestaje być poezją. Skoro my nie śpiewamy poezji, bo ja nie jestem poetą, a imputowana poezja straciła właśnie wagę, bo przecież została do niej skomponowana muzyka, to i Pana oskarżenie uznane zostaje za nieważne. A Pańska złośliwość chybia celu. Proszę się bardziej postarać, albo używać wiedzy i inteligencji w sprawach palących i nie cierpiących zwłoki. Ale głównie proszę używać serca. W Pana przypadku przyniesie to o wiele pożyteczniejsze skutki. Zaręczam. Poza tym nie obroni Pan wygłoszonej deklaracji o nie narzucaniu poglądów. Od samego początku ocenił Pan ludzi, których Pan zastał, chociaż ich Pan nie zna. W piaskownicy, narzucając grupie rówieśniczej swoją nową zabawę, naraziłby się Pan na kuksańca, cios wiaderkiem w głowę, rzut piaskiem w oczy, a może i ostracyzm, wykluczenie z zabawy.. Zostałby Pan zmarginalizowany. Przeze mnie zmarginalizowany Pan nie zostanie.Narzucił Pan swoją osobę, jako strażnika mowy ojczystej. I uzyskał Pan tylko jeden efekt. Przestano się wypowiadać. Z Pana zatem agresywnej metody można wnioskować, że nie jest Pan zainteresowany żadnym spotkaniem, a jedynie przepędzaniem tych, których Pan napotkał na swej drodze. To stoi w zgodzie z ideą, którą Pan wyznaje. Ale popełnił Pan błąd. Bez względu na to, czego się domaga i spodziewa od innych, a co służyć ma Pańskiemu zadowoleniu, być może pojawią się wpisujący w niedoskonałej formie swoje wypowiedzi, ale za to z serca. I z takim tolerancyjnym założeniem w stosunku do ludzkiej słabości mam zamiar porozumiewać się z innymi. Rozglądając się przez czterdzieści siedem lat mojego życia w słabościach własnych. Nie zamykając nikomu ust wymogiem poprawnej polszczyzny. Bo wiedza o tym, gdzie postawić przecinek, czy zastosować spację nie daje żadnej gwarancji na to, że będziemy mieli do czynienia z wypowiedzią ważną, ciekawą, wprowadzającą czytelników Pańskich i innych wypowiedzi w świat zajmujący i głęboki. Tak jak i z moich tekstów to nie wynika. Żeby słuchać ludzi i mówić do ludzi tak, by nas słuchali wystarczy ich trochę polubić. Bez względu na płeć, odmienność, wiek, poglądy, zainteresowania, czy ilość dyplomów. Pozdrawiam Pana. Technik Żywienia Zbiorowego - Adam Nowak.
*
Panie „Fronezis”. Proszę mi wybaczyć pomyłkę w tytułowaniu. To uboczny efekt anonimowości. Zastosuję jednak w odpowiedzi relatywną i dotkliwą partykularnie ocenę zauważanych zjawisk podług metody przyjętej przez Pana „Largo-san’a” . Przyjdzie niestety uznać, że wszystko ma znaczenie. Najmniejszy przecinek, odległość, forma, kolejność, interpunkcja, jej brak itd. To co Pan zjadł na śniadanie i jaka była pogoda w Ustrzykach Dolnych, choć Pan w tym czasie znajdował się o setki kilometrów od tej miejscowości. I to zasadniczo zmienia znaczenie Pańskiej wypowiedzi. A w szczególności to, czy wypowiedź została napisana na klawiaturze peceta, czy mac’a…