Protest przeciwko Paradzie Europride.
Autor: Adam Nowak
Oglądam zzieleniały świat z pozycji tarasu. A mógłbym nie… Przyroda dobrze się prezentuje. Sumują się zielenie, kształty roślin, gdzieniegdzie przebija się taki, czy inny kolor odmienny. Ptaki śpiewają, pies śpi, chmury płyną. Dotykalna, harmonijna intensywność życia. W postaci radości, albo smutku wynikłego z zaskakujących zjawisk. Woda zalewa kraj. Zalewa domy. W tym wypadku wielka, jak na nasze możliwości woda udowadnia, że nie ma nic na stałe. Domy toną, osuwają się, rozsypują. Można pomagać, więc pomagajmy, bo wielu z poszkodowanych traci szansę powrotu do miejsca, w którym żyli i pracowali. Niechaj się uruchomi ta nasza słynna wspólnota, z której tak dumni jesteśmy, gdy toczymy łzy zdziwienia, czy niemocy po wynikłych krzywdach. Niech ten wysiłek wspólnej rozpaczy nie obowiązuje wyłącznie w marszu za trumnami. Niech się przeobrazi w realną pomoc i wsparcie potrzebującym. Czego nam serdecznie życzę. Zasłyńmy współodczuwaniem i realną pomocą, a nie tylko umiejętnością zbiorowej, kulturalnej, wzniosłej, patriotycznej rozpaczy.
Mój telefon przez ostatnich kilka dni dzwoni. Czasem lubię, gdy dzwoni, czasem nie. Tym razem byłem zdziwiony, że dzwoni. Proszono mnie, bym wytłumaczył obecność mojego podpisu pod opublikowanych protestem Fundacji Taty i Mamy przeciwko próbie zorganizowania lipcowej Parady zatytułowanej Europride. Tak, staroświecki jestem. Zaprotestowałem podpisując. Moje bardzo okrojone wypowiedzi ukazały się w różnych gazetach i ku mojemu zdziwieniu, pozbawione kontekstu i szczegółów zabrzmiały dwuznacznie i zachowawczo, co jest niezgodne z stanem faktycznym i umysłowym.
Rzecz jednak w czym innym tkwi. Dlaczego mam się tłumaczyć z takiej postawy? Jeśli jakaś grupa organizuje publicznie wystąpienie nie tak często spotykane na naszych ulicach, to przecież organizatorzy winni są wyjaśnień o co zabiegają, co manifestują (jeśli coś manifestują), wobec jakich reakcji społecznych posuwają się do masowego, ulicznego wystąpienia? Organizatorzy i uczestnicy chcą dać pełen napięcia sygnał społeczeństwu, a sygnatariusze sprzeciwu mają się tłumaczyć z przyjętej postawy. Otóż ja nie zgadzam się z powodów, które zupełnie odbiegają od sporu społecznego: czy homoseksualiści są w Polsce gnębieni, czy też nie? Jedni są, inni nie. Parady mniejszości seksualnych przeradzają się, jak dowodzą tego przykłady z Berlina, czy Zurychu w agresywnie seksualnie przemarsze. Homoseksualiści powielając sprawdzoną metodę paradną, używając globalnego w sensie zachowań seksualnych gotowca. Chcą za jego pomocą bronić swoich praw do odmienności i tożsamości. Absurd i paradoks.
Parada Europride ma mi uzmysłowić, że ta wesoła, roztańczona grupa wesołych tancerzy we wspólnej, Dionizyjskiej, tanecznej kopulacji, przyobleczona w sado-maso-faszyzujące stroje wprowadza w struktury międzyludzkie nową jakość współistnienia. Opartą na wzajemnym, zrozumieniu i poszanowaniu… Brzmi pięknie, ale jakoś pięknie nie chce być.
Homoseksualizm, jako zjawisko emocjonalne, fizjologiczne, seksualne jest wtórne w stosunku do heteroseksualizmu. Jest oparte na naśladownictwie tego, co wynika z prawa naturalnego. Można się tego kategorycznego stwierdzenia czepiać, ale nie byłoby homoseksualistów, gdyby nie urodziły ich kobiety zapłodnione męskim nasieniem. Jako przedstawiciel środowiska heteroseksualnego mam kłopot z uniknięciem swego rodzaju protekcjonalizmu i stawiam te litery z pełnym spełnienia samczym uśmiechem.
Żyjemy w wolnym kraju i czy się to komuś podoba czy nie, przedstawiciele jakiegoś środowiska mogą się zwołać w celu zorganizowania dowolnej akcji w miejscu publicznym, jeśli tylko otrzymają na nią zgodę stosownych władz. Muszą się jednak liczyć z odzewem, a ten nie zawsze bywa po myśli uczestników. Jeżeli jednak homoseksualiści nie potrafią wymyśleć autonomicznego sposobu postępowania w celu osiągnięcia jakiejś korzyści, to należy zrozumieć, że coś, co jest na siłę przeszczepiane z zachodniej subkultury homoseksualnej nie musi się cieszyć akceptacją, czy chociażby tolerancją u nas. Paradujący Europriderzy nie uwzględnią wrażliwości (dziecięcej zwłaszcza) odbiorców, obserwatorów, nie uwzględnią zwyczajów kulturowych, a również i religijnych wybranego kraju. Nie uwzględnią, bo do tej pory nie uwzględniali.
Parada może być agresywnym seksualnie zbiorem publicznych zachowań zawłaszczających przestrzeń publiczną. Parada urasta do rangi manifestacji, ale manifestacją cały czas nie jest. Bo w Paradzie (dlatego to zgromadzenie tak się nazywa) nie ma idei. To dynamiczna wspólnota mniejszości, która czerpie odwagę z liczebności w jednym miejscu i czasie, prezentująca określone preferencje, którym przynależy się intymność. Parada nie promuje homoseksualnej wrażliwości, jeżeli w ogóle można użyć takiego terminu. A jeśli wrażliwość homoseksualna ma się wyrażać poprze uczestnictwo w Paradzie to taki sposób zjednywania sobie opinii publicznej wydaje się krokiem w tył. Jestem przeciwko Paradzie ponieważ na ogół jest działaniem pozbawionym inteligencji i wrażliwości. Pomimo obietnic zbyt często przemienia się w agresywną, pulsująco-kopulującą ludzką, przemieszczającą się zbiorowość. Jeszcze raz powtórzę –pozbawioną idei.
Homoseksualiści nieskutecznie i niecelnie poszukują porozumienia. Wypracowując wspólną przestrzeń, w której można by się spotkać bez naruszania wyznaczonego terenu sprawiają kłopot. Ale to cenny kłopot służący dyskusji jakie miejsce, jakie prawa i obowiązki przysługują mniejszościom seksualnym. Zgłaszając pretensję do odwzorowywania zachowań heteroseksualnych odmienni preferencyjnie próbują wymusić urzędową tolerancję dla tychże. Narzekają, że ich zachowania i obecność nie są akceptowane, że nietolerowana jest ich publicznie okazywana czułość. Przecież nie można tylko narzekać i pozostawać notorycznie bierną „ofiarą” społecznej nieakceptacji. Miłość to również poświęcenie i odwaga. To samo dotyczy przecież heteroseksualistów, których życie w większości przypadków usłane różami nie jest. Przecież trzeba mieć odwagę, żeby kochać i miłości się nie wypierać (patrz między innymi Tomasz Raczek). Przypomnieć należy, że historia, sztuka najzwyklejsze ludzkie przypadki dowodzą iż kochankowie cierpieli upokorzenia, a nawet oddawali życie w imię miłości. Od kultury osobistej, klasy, wrażliwości na partnera i otoczenie zależy rodzaj i intensywność okazywanych publicznie wzajemnych awansów. Można być gejem z klasą i pedałem bez klasy. Można posiłkować się odwagą i zasługiwać na miano geja, które to pojęcie zostało przecież wywalczone i okupione ofiarami. Gej przynajmniej dla mnie oznacza kogoś, kto na to miano zasługuje. I można być tchórzliwym pedałem, czy lesbą tak samo jak tchórzliwym homofonem. Nie można ustawowo zmuszać do tolerancji, akceptacji, sympatii. To trzeba wypracować w kontaktach międzyludzkich. W taki sposób, żeby ci, którzy mają zostać do czegoś przekonani nabrali zaufania, że przekonujący nie stwarzają zagrożenia dla odmienności (!). Czy homoseksualiści mogą o tym zapewnić? Czy właśnie w takim kierunku zmierza ich usiłowanie? Czy działania środowisk homoseksualnych nie służą powolnemu, stopniowemu i sprytnemu zdobywaniu terenu pod przyszłe możliwości wymuszania uprawnień? Po sposobie w jaki próbują wprowadzać „nowe” w struktury społeczne mam bardzo wiele wątpliwości. A przykładem takiego agresywnego oddziaływania może być Parada Europride.
W publicznych dyskusjach przewija się co jakiś czas pojęcie „prawa do dziecka”. Czego innego dotyczy i inne rodzi wątpliwości spór toczący się w kontekście związków heteroseksualnych, których niedoszli rodzice z różnych powodów nie zostali obdarowani nowym życiem. Inne trudności w rozwiązaniu tych zagadnień dotyczą przypadków in vitro i jeszcze inne przypadków adopcji. Nie akceptuję pojęcia „prawo do dziecka”. Jestem przeciwny adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Z powodu wtórności zachowań. Naśladownictwa. Gry. Nieumiejętności i niemożności wypracowania autonomicznej, indywidualnej kultury alternatywnych, ale o podobnej - czy precyzyjniej - takiej samej intensywności powiązań emocjonalnych przynależnych rodzicom ustanowionych prawem naturalnym. Jestem przeciwny udawaniu, przeciwny fałszywemu spektaklowi odgrywanemu wobec dziecka. Odgrywaniu ról ojca i matki. Takie odgrywanie mogłoby spowodować pokusę np. czasowejich zamiany, co skutkowałoby dezorientacją dziecka wobec prezentowanych, ustalonych, a nie umownych wzorców. Bo kobieta i mężczyzna jako rodzice zostali ustanowieni wzorcem dla dziecka. Tak to zostało wymyślone. To z nich poczyna się i rodzi dziecko. I wiemy przecież jak, a jednak bez ingerencji transcendentalnej, bez owego Boskiego dotknięcia, życia nie ma. Nie chce, nie może, nie potrafi zaistnieć tylko z naszej woli. I wskrzesić go nie umiemy. Potrafimy je tylko odebrać.
Proszę o nie przytaczanie przykładów dotyczących idyllicznie kochającej się pary gejów, czy lesbijek i zestawiania ich z patologiczną rodziną heteroseksualnych pijaków, złodziei, czy gwałcicieli stosujących przemoc w rodzinie. To niczemu nie służy. Potęguję jedynie niemożność doprowadzenia rozmowy do istoty rzeczy.
Jestem za wprowadzeniem zapisów pozwalających wieloletnim partnerom na towarzyszenie w trudnych chwilach choroby i nadchodzącej śmierci. Wyobraźmy sobie, że przy łóżku chorego, czy umierającego przebywa dalsza , czy bliższa rodzina, która nigdy nie zrozumiała i nie zaakceptowała wyboru jednego z jej członków. A wypraszany z sali szpitalnej jest ktoś, kogo łączy z chorym, bywa że umierającym uczucie bliskości, czułości, zaufania. Zgroza.
Jestem za wprowadzeniem zapisów prawnych, które pozwolą wieloletnim związkom homoseksualnym dochodzenia praw majątkowych w celu zabezpieczenia wspólnie wypracowanych dóbr materialnych. Zapisów prawnych - nie ślubu.
Po tych wszystkich kategorycznych stwierdzeniach muszę opisać pewną rozmowę niepozbawioną napięć. Rozmowę z wieloletnią przyjaciółką, osobą pełną wrażliwości i inteligencji. Nie będę wymieniał Jej z imienia i nazwiska, bo nie wiem, czy tego by sobie życzyła. Problem dotyczył dzieci, a raczej ich nauczycieli. Okazało się, że w szkole do której uczęszcza Jej dziecko uczy gej. Ponieważ łatwo o pewien stereotyp powiązań środowisk gejowskich z pedofilskimi (bez względu na ilość żachnięć przypuszczalnych czytelników tego tekstu, w niektórych przypadkach takie powiązania istnieją) nabrałem wątpliwości i nie tak łatwo zaakceptować mi fakt, że moje dzieci mogłyby być uczone przez geja. Moja przyjaciółka zadała mi pytanie, które do dziś tkwi we mnie i nie pozostawia spokoju. W sytuacji koniecznej, jakiego dokonałbym wyboru? Czy zaakceptowałbym fakt, że dziecko byłoby uczone przez kreatywnego, wrażliwego i inteligentnego geja, czy też dla tak zwanego „moralnego bezpieczeństwa” wybrałbym mało lotnego, ale ustabilizowanego preferencyjnie heteroseksualistę? Aż do dziś nie potrafię jednoznacznie wybrać. To moja słabość u podłoża której wiją się pewnie jakieś uprzedzenia. I jednocześnie wynika to z braku zaufania do środowisk gejowskich (patrz wcześniejsze partie tekstu). A ufać jednak wolałbym. I niestety pojawia się w głębi duszy smutek utraconej szansy na kreatywny rozwój dziecka. Przypuszczalnie utraconej z powodu nabytej przecież, kostycznej, zastygłej w nieugiętych moralnością przekonaniach nauczyciela-średniaka. Bezpiecznie, ale bez polotu, czy kreatywnie, ale z ryzykiem…? Do dziś nie wiem. A to tylko jeden, mały przykład służący dyskusji.
Gdyby homoseksualiści nie tracili tyle sił na kolorowy, sugestywny, ale mało wiarygodny PR. Gdyby przestali posługiwać się sprytem i nie obawiali się ujawniać słabości własnego środowiska (bo przecież każde środowisko ma swoje słabości). Gdyby przestali rozmiękczać i relatywizować podstawy prawa naturalnego. Gdyby w końcu przestali uważać się za ofiary, a zaczęli budować zaufanie społeczne stabilnymi, długotrwałymi związkami, być może mniej czasu traciłbym na uprzedzenia.
Napisany: 9 czerwiec, 2010 w