Archiwum dla czerwiec, 2010

Odpowiedzi na komentarze. Niektóre.

Autor: Adam Nowak

Pani „Wave1”
Dziękuję Pani za wpis. To jest jeden z pierwszych komentarzy, który sprowokował mnie do odpowiedzi. A jego treść pozostaje w związku z wcześniejszymi moimi wypowiedziami. Przecież nie zanegowałem odczucia, poczucia instynktu u osób określających się jako homoseksualne. Pytam jedynie ( czy możemy to można uznać za wyjaśnione), czy sam instynkt jest wystarczającym powodem do „posiadania” dziecka? Dlatego w tekście „Protest…” przedstawiłem krótko różnice, które powinny być brane pod uwagę, gdy sporna kwestia dotyczy „prawa do posiadania dziecka”. I powtórzę, że inne problemy i szczegóły tych wątpliwości dotyczą par homoseksualnych, inne przyszłych rodziców, którzy z wielu powodów nie mogą tymi rodzicami zostać. Być może to właśnie ta początkowa intencja, która stawia człowieka w nowej roli opiekuna, czy też on sam siebie zaczyna postrzegać jako przyszłego rodzica oczekującego na dziecko, będzie miała późniejszy wpływ na relacje, które będą łączyć, lub dzielić potencjalnego rodzica z dzieckiem.
*
Napisałem również, że model „rodziny” stworzony przez parę homoseksualną jest wtórny w stosunku do wzorca. Czy to sformułowanie kogoś obraża? Czy jest naganne? Czy homoseksualiści objawili się na kuli ziemskiej w dwudziestym wieku? Byli od…prawie początku istnienia rodzaju ludzkiego. Nie krzyżujmy żadnej broni w zbędnej potyczce na temat teorii powstania świata. Czyż powiedzenie, że nie byłoby na świecie żadnego homoseksualisty, gdyby nie urodziła go kobieta jest obraźliwe? Wszak to stwierdzenie zaistniałego stanu rzeczy. I temu porządkowi, który odbywa się od tysięcy, czy milionów lat należy się pokłon za dar życia jaki otrzymujemy. Nie mogłaby mnie Pani siostrzenicą zakneblować, a ja nie mógłbym Pani teraz odpowiedzieć, gdyby nas nie było na tym świecie, prawda? Czy Panią urodził mężczyzna? Czy pozostałych wpisujących komentarze również? Proszę to uznać. Bez tego nie da się prowadzić nawet sporu.
*
Jak Pani zapewne wie, a z Pani komentarza wynika, że jest Pani osobą zorientowaną w różnych sprawach dotyczących poruszanych wątpliwości, medycyna bywa bezsilna i nie każdy kto odczuje instynkt i posiada ku realizacji macierzyńskiego planu środki, urodzi upragnione dziecko. Bez względu na to, czy jest homoseksualistą, czy seksualistą hetero. Czyż chęć posiadania dziecka dla zaspokojenia samego instynktu nie czyni z dziecka obiektu, przedmiotu służącego posiadaniu? Jest Pani osobą wrażliwą społecznie, co widać po emocjonalnych reakcjach, tak więc ten szczegół nie może ujść Pani uwadze. Czy wystarczy naprawdę tylko chcieć dziecka, żeby zasłużyć na miano dobrego rodzica? Czy do pełnienia tej czynności nie trzeba się przygotować? I być już nie tyle dobrym rodzicem, co choćby w jak najmniejszym stopniu dziecko skrzywdzić. Czy to ma się odbywać tak po prostu? Stać mnie na dziecko, jestem w odpowiednim wieku, biorę… Kupuję, płacę, wymagam? Za dziecko? Każde biorę, czy wyselekcjonowane? Z nasienia po filozofie, sportowcu, artyście? Z jajeczka po wybitnie rodzącej zdrowe, sprawdzone preparaty dziecięce matce-wieloródce? Czy może nie mieć takie koloru oczu jaki został zaplanowany? Czy może być niski? A może z otyłością? Czy może być niepełnosprawne? Czy będzie dobierane według mody panującej w danym sezonie? Według aktualnych zainteresowań? Może w promocji taniej jeśli dwoje dzieci? Z fotelikami do samochodu? Czy bycie rodzicem może być manifestacją triumfu wobec innych. Przechytrzyłam/łem przepisy prawne, urzędników, stałem się rodzicem. Czy to ma być podstawą, gruntem do budowania więzi między rodzicem, a dzieckiem? Pani „Wave1”. Czy pozbywszy się emocji zechciałaby Pani odpowiedzieć na te kilka pytań?
*
Panie „Old-thumper”. Dziękuję za odpowiedź. W „rodzinie” założonej przez dwóch gejów, kto mianowicie odczuje instynkt macierzyński? Czy wystarczy, że jeden z partnerów nazwie „macierzyńskim” to co czuje? To naprawdę wystarczy?
*
Panie „Largo-san”. Z dokonanych przez Pana komentarzy wnioskuję, że jest Pan wyznawcą reguł i prawideł. To bardzo dobrze, że ktoś stoi na ich straży. Służy to precyzji i szacunku dla słowa. Czy byłby Pan łaskaw wszystkim jednako wytykać błędy, czy też regularnie i prawidłowo postanowił Pan wytykać wszystko, co tylko wyjdzie spod klawiatury komentujących, zwanych dalej homofobami (dla mnie hełmofonami-wyjątek od reguły)? Czy istnieje jakiś obszar Pana zainteresowań, który nie jest poddany regułom, pryzmatom i prawidłom? Czy można powiedzieć, że tym obszarem byłaby spontaniczność? Czy żonglerka pryzmatami przez które proponuje Pan interpretować zauważane przez siebie zjawiska jest jedynym z możliwych sposób postrzegania świata? Spodziewam się po Pana daleko idącej czujności szerszego zakresu interpretacji zamieszczonego tekstu. Czy też samo uczestnictwo w walce („Walka o Pokój!?”) o prawa kogokolwiek daje glejt niewinności i służyć ma pozostawianiu „spalonej ziemi po przejściu wojsk”? „Po nas tylko my?” Nie wiem w jakim Pan jest wieku, ale czy nie przypomina to Panu niedawno jeszcze obowiązującej w zniewolonej części świata ideologii? Jakiej ideologii. Proszę, niech Pan to napisze. Podług prawideł i reguł.
*
Pani „Fronezis”. Nie śpiewam piosenki „Tak mówi Pismo Święte”. Ta piosenka jest zatytułowana „Tak mówi pismo”, zaś w całości frazy brzmi: „Tak mówi pismo, a święte słowa w nim tkwią niepojęte, a nie napotkać mocy tych słów, może byś umiał, a choćbyś chciał, nie będziesz mógł”. Czy to stanowi różnicę?
*
Panie Krzysztofie. Jeszcze raz do Pana słówko. Jeżeli czyni to Panu różnicę podpisałem „kretyński” protest na prośbę Fundacji Mamy i Taty. Proszę nie wytykać mi jako zarzut, że nota ukazała się w gazecie „Rzeczpospolita”, czy w jakimkolwiek innym piśmie. Nie śledzę dokonań dzienników, ani nie mierzę siły ich oddziaływania. Wiele inny mediów wydrukowało, czy wkleiło to pismo do swoich niusów (Panie „Largo-san”-dobrze, czy powinno być „new-sów”, czy można tak i tak?). Proszę zatem czynić mi wyrzut za to, że podpisałem, a nie gdzie się ukazał protest „kretyński”. I dlaczego na Boga Pan mnie tym „Lombardem”? Przecież, gdybym ja użył tego cytatu dostałbym od nowych bywalców baty za totalny brak gustu. Od starych chyba też. No! Pan jest szczęściarzem. Panu się upiekło.
*
Panie „Bart”. Komu „nie napluć w mordę”? Okudżawie…? To był bardzo mądry Pan. Łagodny, dobry, inteligentny i wyrozumiały. Nie wiem, czy tolerancyjny.
*
Panie Jakubie. Dziękuję, że się Pan przedstawił.
*
To właściwie tyle. Nie wiem, czy Państwo zauważyliście, ale dalszy ciąg rozmowy przeniósł się w inne miejsce. Jest już tutaj, gdzie właśnie Wasze źrenice biegną za literkami. Tu, tu, właśnie tu. I jeszcze krótko. Lepiej uchodzić za homofoba, niż homofobem kogoś nazywać. Lepiej uchodzić za buca, niż bucem kogoś w głowę. Jak powiedział Pan Bogusław Schaeffer: „…istnieję ja i opinia o mnie. Tym pierwszym zajmuję się niekiedy. Tym drugim-nigdy…” Na zdrowie.

30.06.2010.

Autor: Adam Nowak

Specjalnie dla Państwa wyszukałem na dzisiaj wiersz Bułata Okudżawy. Powinien w szerszym zakresie uzmysłowić wszystkim uznającym się za tolerancyjnych, bojownikom o prawa wszelkie, mniejszości i większości ślepy zaułek sformatowania poglądów. Gotowości do czytania tylko tego, co się chce przeczytać i słuchania tylko tego, co się chce usłyszeć. Oto jak następuje w tłumaczeniu bodajże p. W. Młynarskiego. Przedstawiam utwór w wersji pozbawionej interpunkcji, bo tak uznałem za słuszne:

Ballada o głupcach

* * *
jest jakiś porządek na świecie tym jest
na każdy wiersz dobry jest zły wiersz
na każdych trzech mądrych i głupich jest trzech
i równo to i sprawiedliwie
*
lecz by się czerwienić nie musiał kto kiep
by mógł rozpoznawać swój swego
każdemu mądremu stempelek na łeb
przybiło się razu pewnego
*
lecz taka zasada jest głupim nie w smak
ci inni wyszydzać ich lubią
i mówią głupiemu durak ty durak
a głupim jest przykro i głupio
*
od lat te stempelki w użyciu są i
ten system i później się przyda
a mądrym dziś mówią ech durnie żesz wy
a głupich jak zwykle nie widać

*
Polecam. Zwłaszcza czytającym z niezrozumieniem.

Paradny ciąg dalszy.

Autor: Adam Nowak

Zjechaliśmy do domów. Wprawdzie jeszcze nie wakacje, ale już da się odczuć cieplejszy oddech lata, żeby nie powiedzieć, że gorący, bo pewnie zaraz zrobi się zimniej.

* * *
Przejeżdżałem wczoraj przez tereny dotknięte powodzią. Przez małe miejscowości zniszczone przez kataklizm w sposób najdotkliwszy. Obraz to smutny, przerażający i przygnębiający. Ludzie siedzący przed domami, powystawiane domowe sprzęty, pootwierane okna. Wszystko to jakby w zwolnionym czasie przejazdu. Zaraz potem Warszawa. Cały czas trzeba przez nią przejeżdżać, choć widać, że prace nad obwodnicami posuwają się do przodu. Dobrze dobrze. Niechaj praca wre. Dobrze będzie ominąć w podróży dużą aglomerację. Wygodniej będzie, mniej nerwowo.

* * *

Przygotowania do koncertu w Lublinie w toku. Miało się odbyć muzyczne spotkanie na rynku, a okazało się, że i radio i telewizja zainteresowały się tym zdarzeniem. Miło, bo przecież wcale nie musiało się tak być. Nadmienię, że będzie to wspólny występ z zaprzyjaźnionym od lat zespołem Voo Voo. Mija im w tym roku dwudziesta piąta rocznica muzykowania. Nam mija dwudziesta. Spotykaliśmy się przy różnych okazjach. Ta chyba jest jakaś wyjątkowa, bo rocznicowa. Do jubileuszy stosunek mam mieszany. A raczej do nastawienia do jubileuszy. Że niby coś wyjątkowo bardziej, spektakularnie, wystrzałowo… No nie wiem. Po prostu gramy. Od jakiegoś czasu.

* * *

Barwniej zrobiło się w dziale komentarzy. Chwała Bogu! Trochę wysiłku jednak włożyłem w wyłuszczenie swoich wątpliwości na temat, więc aktywność pojawiających się została zauważona. Zmartwił mnie „Krzysiek” nieumiejętnością czytania tekstu ze zrozumieniem oraz sprawną umiejętnością odwracania kota ogonem. Część z komentujących również przejawia taką słabość. Ale głos potrzebny, bo upominający się o inne spojrzenie na sprawę, a ja cały czas zerkam na te sprawę innym spojrzeniem. Wolno mi. „Krzysiek” jednak pisze z pozycji skrzywdzonego, nieakceptowanego. I rzeczywiście może być to przyczyną frustracji wynikającej z niemożności przykrojenia otaczającego świata do swoich potrzeb. Nie pierwszy to taki przypadek i nie ostatni. Przypuszczam, że większość z nas była, lub będzie dotknięta taką przypadłością. Wypada też podziękować adwersarzowi za udzieloną mi łaskę i dokonanie wpisu pomimo wielkiej niechęci jaką budzi rzeczona czynność. Szczególnie na stronie gospodarza zwanego dalej homofobem – na mój użytek homofonem, co bardziej przypomina hełmofon, a to już wydaje się lekkie i żartobliwe..

* * *

Do wpisów wypełnionych wyzwiskami, szyderstwem, chęcią wplątania w tak zwaną dyskusję rodziny, twórczości, jazdy na rowerze, umiejętności rzucania lotką do celu, picia kawy, chodzenia, oddychania i innych - w ogóle się nie odniosę. Jak w skokach narciarskich skrajne oceny nie są brane pod uwagę. W cenie jest odwaga. A o nią bardzo łatwo za maską tak zwanego nick-u. Myślę, że im bardziej upodobniony do symboliki seksualnej, tym odwaga mniejsza. Za sprawą anonimowości kontakty w necie wypełnione bywają bluzgami. Może trzeba przez to przejść, jak przez chorobę. Sieć jak i kartka papieru wszystko zniesą, więc do dzieła. Byle szybko i na temat, bo życie krótkie i szkoda czasu. W sprawach natury intymnej omawianych publicznie warto zachować pewna powściągliwość, bo inaczej słowa zamieniają się w bełkot i szlam, a od tychże - wiadomo - większość z nas instynktownie chciałby się oddalić jak najprędzej.

* * *

Wybiórczość, pomieszanie kontekstów, wspomniana wcześniej nieumiejętność czytania ze zrozumieniem, agresja, w/w szyderstwo, wyzwiska, uwaga – uprzedzenie do odmienności poglądów. Czy z tym właśnie powinienem, na wyraźny sygnał niektórych wpisujących, skojarzyć subkulturę odmiennych seksualnie…? Toż to raczej utwierdza w wątpliwościach niż skłania do zmiany kierunku spojrzenia. Słabo, jak mawiają młodzi ludzie. Nie jest to dobra droga i taką też nie pójdę. Od najmłodszych lat pojawiali się w mojej pobliskiej przestrzeni homoseksualiści. Byli w szkole podstawowej, później w średniej i innych. Byli moimi kolegami i koleżankami. Byli geje kelnerzy w restauracji, geje w teatrze, w którym pracowałem najpierw jako maszynista, a później garderobiany. Hmoseksualiście stawiałem butelki z mlekiem pod drzwi, jako roznosiciel. Kto dziś pamięta takie zajęcie…? Reżyserzy, aktorki – lesbijki, aktorzy-geje, tak zwany „pion średni”, rekwizytor, inspicjent, różni. Pracowaliśmy, przyjaźniliśmy się, spędzaliśmy razem czas. Geje na studiach, w środowisku kabaretowym, a w końcu, od momentu założenia zespołu także, co wydaje się oczywiste, na estradach scen polskich. Niektórzy nachalni, inni wrażliwi, spontaniczni, niektórzy bardzo zdolni ludzie. Współpracowałem i współpracuję z gejami. Z niektórymi współpracę bardzo cenię. Oni zaś cenią to co robię. Większość z tych kontaktów, koleżeństwo, niekiedy przyjaźnie były spowodowane wspólną czynnością do wykonania. Podkreślę, czynnością aseksualną. Ja szanuję ich zdanie na wiele tematów. Oni szanują moje. Nie przyszłoby mi do głowy ingerować w ich życie prywatne, miłości, dramaty porzucenia, rozstania, niekiedy śmierci. Życie. Trudno. Wszędzie tam, gdzie istniała akceptacja dla osoby bez względu na orientację, dla kompetencji, pracowitości, życzliwości, wrażliwości tam wszystko przebiegało w normie ludzkiej koegzystencji. Ponieważ hierarchia naszego istnienia na tym świecie polega wpierw na niezbędnej obecności. Jestem człowiek. Mam na imię, nazywam się tak i tak. Zostałem nazwany. Przede wszystkim jestem. Nie jako użytkowy podmiot wykonawczy, zekonomizowany przydatnością dla społeczeństwa. Jestem. To już wystarczy. To niesamowite, ale wystarczy być. Dopiero dalej, w tle rysuje się aura tożsamości, a jeszcze dalej tożsamości seksualnej. Jeśli zaczniemy te hierarchię odwracać to wynikną i wynikają z tego same kłopoty.

* * *

Do momentu utrzymywania pewnego społecznego status quo przez homo- i heteroseksualistów mieliśmy do czynienia ze zmaganiem się o akceptację dla odmienności. Dobrze. Zaczęło się od tolerancji, która nie tyle wydaje się właściwą i długoterminową normą postępowania, ile początkiem obierania wyrazistrzej postawy. Chyba, że ktoś chce pozostać na starcie. Trudno. Tolerancja jest jak słodki budyń, którym wzajemnie powinniśmy się oblepiać dla dobrego samopoczucia. Tak, czy siak pozostanę przy wyrozumiałości. To niemodny, ale cały czas obowiązujący zakresem wymogu termin. Każdy ma godność. Taka samą godność. Nie każdy z niej korzysta i nie każdy potrafi ją zachować. Odnosząc się do godności nie wolno zapominać o poszanowaniu autonomii. Dorosłego, a dziecka zwłaszcza. Kto zapomina o godności osoby temu trzeba o niej przypominać i o tę godność się upominać. Z każdej strony. Jeśli zatem godność i autonomia mogą być wspólnym mianownikiem to dlaczego homoseksualistom tak zależy na adopcji dzieci? Przecież dziecko to nawet bardziej godna osoba, bo wymagająca opieki i prowadzenia wobec (WOBEC!) zróżnicowanego wzorca jakim jest para rodziców heteroseksualnych. Wrażliwym, a za takich często się uważa i za jakich się uważa przynajmniej cześć homoseksualistów, przypominać chyba tego nie trzeba. Dziecko jest w centrum zainteresowania rodzica – nie potrzeba rodzica do posiadania dziecka. Dziecko jest łatwiejsze do ulepienia podług przyjętego doraźnie wzorca, prawda? Wszystkie instytucje, które na celu miały i mają indoktrynacje dziecka bardzo dobrze o tym wiedzą. Od tych, którzy indoktrynują religiami, przez tych, którzy to robią politycznymi ideami, po również i między innymi (uwaga, podkreślam słowa „również” i „między innymi”) ruchy homoseksualne. (Tu przewidziane są inwektywy, więc w tym miejscu można, bardzo proszę, idę na chwilę na kawę).
Czyż nie tutaj jest „pogrzebany pies”? Co się takiego stało, co spowodowało, że u homoseksualistów wystąpił brak w pewnym obszarze emocjonalnym? Czyżby przestali wystarczać sobie nawzajem, a wspólnego uczucia mieli tak wiele, że postanowili obdzielić tymże dzieci? Jak nazwać instynkt , który miałby być tak silny, że powodowałby nieodwracalną potrzebę wychowywania dziecka? W rodzinie normatywnej, czyli heteroseksualnej to instynkt macierzyński, albo ojcowski. Jaka, choćby w nazewnictwie rysuje się alternatywa dla homoseksualistów? Czekam na propozycje.

*

Dobrego dnia.

Koncerty w czerwcu!!!

Autor: Adam Nowak

Zapraszamy na czerwcowe koncerty!

10.06.2010 - Łódź - Hotel Andel’s - impreza zamknięta
14.06.2010 - Opole - Filharmonia Opolska- godz. 19.00
17.06.2010 - Łódź - Teatr Wielki - impreza charytatywna - godz. 19.00
18.06.2010 - Zielona Góra - Amfiteatr - koncert PCK - godz.19.00
24.06.2010 - Toruń - Rynek Staromiejski - godz. 23.00 - plner
25.06.2010 - Mińsk Mazowiecki - kino Światowid - godz. 19.00
26.06.2010 - Warszawa - scena przy stacji metra Słodowiec - godz. 20.00 - plener
27.06.2010 - Mielec - MOSiR ul. Solskiego 1 - godz. 20.30 - plener

Protest przeciwko Paradzie Europride.

Autor: Adam Nowak

Oglądam zzieleniały świat z pozycji tarasu. A mógłbym nie… Przyroda dobrze się prezentuje. Sumują się zielenie, kształty roślin, gdzieniegdzie przebija się taki, czy inny kolor odmienny. Ptaki śpiewają, pies śpi, chmury płyną. Dotykalna, harmonijna intensywność życia. W postaci radości, albo smutku wynikłego z zaskakujących zjawisk. Woda zalewa kraj. Zalewa domy. W tym wypadku wielka, jak na nasze możliwości woda udowadnia, że nie ma nic na stałe. Domy toną, osuwają się, rozsypują. Można pomagać, więc pomagajmy, bo wielu z poszkodowanych traci szansę powrotu do miejsca, w którym żyli i pracowali. Niechaj się uruchomi ta nasza słynna wspólnota, z której tak dumni jesteśmy, gdy toczymy łzy zdziwienia, czy niemocy po wynikłych krzywdach. Niech ten wysiłek wspólnej rozpaczy nie obowiązuje wyłącznie w marszu za trumnami. Niech się przeobrazi w realną pomoc i wsparcie potrzebującym. Czego nam serdecznie życzę. Zasłyńmy współodczuwaniem i realną pomocą, a nie tylko umiejętnością zbiorowej, kulturalnej, wzniosłej, patriotycznej rozpaczy.

Mój telefon przez ostatnich kilka dni dzwoni. Czasem lubię, gdy dzwoni, czasem nie. Tym razem byłem zdziwiony, że dzwoni. Proszono mnie, bym wytłumaczył obecność mojego podpisu pod opublikowanych protestem Fundacji Taty i Mamy przeciwko próbie zorganizowania lipcowej Parady zatytułowanej Europride. Tak, staroświecki jestem. Zaprotestowałem podpisując. Moje bardzo okrojone wypowiedzi ukazały się w różnych gazetach i ku mojemu zdziwieniu, pozbawione kontekstu i szczegółów zabrzmiały dwuznacznie i zachowawczo, co jest niezgodne z stanem faktycznym i umysłowym.

Rzecz jednak w czym innym tkwi. Dlaczego mam się tłumaczyć z takiej postawy? Jeśli jakaś grupa organizuje publicznie wystąpienie nie tak często spotykane na naszych ulicach, to przecież organizatorzy winni są wyjaśnień o co zabiegają, co manifestują (jeśli coś manifestują), wobec jakich reakcji społecznych posuwają się do masowego, ulicznego wystąpienia? Organizatorzy i uczestnicy chcą dać pełen napięcia sygnał społeczeństwu, a sygnatariusze sprzeciwu mają się tłumaczyć z przyjętej postawy. Otóż ja nie zgadzam się z powodów, które zupełnie odbiegają od sporu społecznego: czy homoseksualiści są w Polsce gnębieni, czy też nie? Jedni są, inni nie. Parady mniejszości seksualnych przeradzają się, jak dowodzą tego przykłady z Berlina, czy Zurychu w agresywnie seksualnie przemarsze. Homoseksualiści powielając sprawdzoną metodę paradną, używając globalnego w sensie zachowań seksualnych gotowca. Chcą za jego pomocą bronić swoich praw do odmienności i tożsamości. Absurd i paradoks.

Parada Europride ma mi uzmysłowić, że ta wesoła, roztańczona grupa wesołych tancerzy we wspólnej, Dionizyjskiej, tanecznej kopulacji, przyobleczona w sado-maso-faszyzujące stroje wprowadza w struktury międzyludzkie nową jakość współistnienia. Opartą na wzajemnym, zrozumieniu i poszanowaniu… Brzmi pięknie, ale jakoś pięknie nie chce być.

Homoseksualizm, jako zjawisko emocjonalne, fizjologiczne, seksualne jest wtórne w stosunku do heteroseksualizmu. Jest oparte na naśladownictwie tego, co wynika z prawa naturalnego. Można się tego kategorycznego stwierdzenia czepiać, ale nie byłoby homoseksualistów, gdyby nie urodziły ich kobiety zapłodnione męskim nasieniem. Jako przedstawiciel środowiska heteroseksualnego mam kłopot z uniknięciem swego rodzaju protekcjonalizmu i stawiam te litery z pełnym spełnienia samczym uśmiechem.

Żyjemy w wolnym kraju i czy się to komuś podoba czy nie, przedstawiciele jakiegoś środowiska mogą się zwołać w celu zorganizowania dowolnej akcji w miejscu publicznym, jeśli tylko otrzymają na nią zgodę stosownych władz. Muszą się jednak liczyć z odzewem, a ten nie zawsze bywa po myśli uczestników. Jeżeli jednak homoseksualiści nie potrafią wymyśleć autonomicznego sposobu postępowania w celu osiągnięcia jakiejś korzyści, to należy zrozumieć, że coś, co jest na siłę przeszczepiane z zachodniej subkultury homoseksualnej nie musi się cieszyć akceptacją, czy chociażby tolerancją u nas. Paradujący Europriderzy nie uwzględnią wrażliwości (dziecięcej zwłaszcza) odbiorców, obserwatorów, nie uwzględnią zwyczajów kulturowych, a również i religijnych wybranego kraju. Nie uwzględnią, bo do tej pory nie uwzględniali.

Parada może być agresywnym seksualnie zbiorem publicznych zachowań zawłaszczających przestrzeń publiczną. Parada urasta do rangi manifestacji, ale manifestacją cały czas nie jest. Bo w Paradzie (dlatego to zgromadzenie tak się nazywa) nie ma idei. To dynamiczna wspólnota mniejszości, która czerpie odwagę z liczebności w jednym miejscu i czasie, prezentująca określone preferencje, którym przynależy się intymność. Parada nie promuje homoseksualnej wrażliwości, jeżeli w ogóle można użyć takiego terminu. A jeśli wrażliwość homoseksualna ma się wyrażać poprze uczestnictwo w Paradzie to taki sposób zjednywania sobie opinii publicznej wydaje się krokiem w tył. Jestem przeciwko Paradzie ponieważ na ogół jest działaniem pozbawionym inteligencji i wrażliwości. Pomimo obietnic zbyt często przemienia się w agresywną, pulsująco-kopulującą ludzką, przemieszczającą się zbiorowość. Jeszcze raz powtórzę –pozbawioną idei.

Homoseksualiści nieskutecznie i niecelnie poszukują porozumienia. Wypracowując wspólną przestrzeń, w której można by się spotkać bez naruszania wyznaczonego terenu sprawiają kłopot. Ale to cenny kłopot służący dyskusji jakie miejsce, jakie prawa i obowiązki przysługują mniejszościom seksualnym. Zgłaszając pretensję do odwzorowywania zachowań heteroseksualnych odmienni preferencyjnie próbują wymusić urzędową tolerancję dla tychże. Narzekają, że ich zachowania i obecność nie są akceptowane, że nietolerowana jest ich publicznie okazywana czułość. Przecież nie można tylko narzekać i pozostawać notorycznie bierną „ofiarą” społecznej nieakceptacji. Miłość to również poświęcenie i odwaga. To samo dotyczy przecież heteroseksualistów, których życie w większości przypadków usłane różami nie jest. Przecież trzeba mieć odwagę, żeby kochać i miłości się nie wypierać (patrz między innymi Tomasz Raczek). Przypomnieć należy, że historia, sztuka najzwyklejsze ludzkie przypadki dowodzą iż kochankowie cierpieli upokorzenia, a nawet oddawali życie w imię miłości. Od kultury osobistej, klasy, wrażliwości na partnera i otoczenie zależy rodzaj i intensywność okazywanych publicznie wzajemnych awansów. Można być gejem z klasą i pedałem bez klasy. Można posiłkować się odwagą i zasługiwać na miano geja, które to pojęcie zostało przecież wywalczone i okupione ofiarami. Gej przynajmniej dla mnie oznacza kogoś, kto na to miano zasługuje. I można być tchórzliwym pedałem, czy lesbą tak samo jak tchórzliwym homofonem. Nie można ustawowo zmuszać do tolerancji, akceptacji, sympatii. To trzeba wypracować w kontaktach międzyludzkich. W taki sposób, żeby ci, którzy mają zostać do czegoś przekonani nabrali zaufania, że przekonujący nie stwarzają zagrożenia dla odmienności (!). Czy homoseksualiści mogą o tym zapewnić? Czy właśnie w takim kierunku zmierza ich usiłowanie? Czy działania środowisk homoseksualnych nie służą powolnemu, stopniowemu i sprytnemu zdobywaniu terenu pod przyszłe możliwości wymuszania uprawnień? Po sposobie w jaki próbują wprowadzać „nowe” w struktury społeczne mam bardzo wiele wątpliwości. A przykładem takiego agresywnego oddziaływania może być Parada Europride.

W publicznych dyskusjach przewija się co jakiś czas pojęcie „prawa do dziecka”. Czego innego dotyczy i inne rodzi wątpliwości spór toczący się w kontekście związków heteroseksualnych, których niedoszli rodzice z różnych powodów nie zostali obdarowani nowym życiem. Inne trudności w rozwiązaniu tych zagadnień dotyczą przypadków in vitro i jeszcze inne przypadków adopcji. Nie akceptuję pojęcia „prawo do dziecka”. Jestem przeciwny adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Z powodu wtórności zachowań. Naśladownictwa. Gry. Nieumiejętności i niemożności wypracowania autonomicznej, indywidualnej kultury alternatywnych, ale o podobnej - czy precyzyjniej - takiej samej intensywności powiązań emocjonalnych przynależnych rodzicom ustanowionych prawem naturalnym. Jestem przeciwny udawaniu, przeciwny fałszywemu spektaklowi odgrywanemu wobec dziecka. Odgrywaniu ról ojca i matki. Takie odgrywanie mogłoby spowodować pokusę np. czasowejich zamiany, co skutkowałoby dezorientacją dziecka wobec prezentowanych, ustalonych, a nie umownych wzorców. Bo kobieta i mężczyzna jako rodzice zostali ustanowieni wzorcem dla dziecka. Tak to zostało wymyślone. To z nich poczyna się i rodzi dziecko. I wiemy przecież jak, a jednak bez ingerencji transcendentalnej, bez owego Boskiego dotknięcia, życia nie ma. Nie chce, nie może, nie potrafi zaistnieć tylko z naszej woli. I wskrzesić go nie umiemy. Potrafimy je tylko odebrać.

Proszę o nie przytaczanie przykładów dotyczących idyllicznie kochającej się pary gejów, czy lesbijek i zestawiania ich z patologiczną rodziną heteroseksualnych pijaków, złodziei, czy gwałcicieli stosujących przemoc w rodzinie. To niczemu nie służy. Potęguję jedynie niemożność doprowadzenia rozmowy do istoty rzeczy.

Jestem za wprowadzeniem zapisów pozwalających wieloletnim partnerom na towarzyszenie w trudnych chwilach choroby i nadchodzącej śmierci. Wyobraźmy sobie, że przy łóżku chorego, czy umierającego przebywa dalsza , czy bliższa rodzina, która nigdy nie zrozumiała i nie zaakceptowała wyboru jednego z jej członków. A wypraszany z sali szpitalnej jest ktoś, kogo łączy z chorym, bywa że umierającym uczucie bliskości, czułości, zaufania. Zgroza.

Jestem za wprowadzeniem zapisów prawnych, które pozwolą wieloletnim związkom homoseksualnym dochodzenia praw majątkowych w celu zabezpieczenia wspólnie wypracowanych dóbr materialnych. Zapisów prawnych - nie ślubu.

Po tych wszystkich kategorycznych stwierdzeniach muszę opisać pewną rozmowę niepozbawioną napięć. Rozmowę z wieloletnią przyjaciółką, osobą pełną wrażliwości i inteligencji. Nie będę wymieniał Jej z imienia i nazwiska, bo nie wiem, czy tego by sobie życzyła. Problem dotyczył dzieci, a raczej ich nauczycieli. Okazało się, że w szkole do której uczęszcza Jej dziecko uczy gej. Ponieważ łatwo o pewien stereotyp powiązań środowisk gejowskich z pedofilskimi (bez względu na ilość żachnięć przypuszczalnych czytelników tego tekstu, w niektórych przypadkach takie powiązania istnieją) nabrałem wątpliwości i nie tak łatwo zaakceptować mi fakt, że moje dzieci mogłyby być uczone przez geja. Moja przyjaciółka zadała mi pytanie, które do dziś tkwi we mnie i nie pozostawia spokoju. W sytuacji koniecznej, jakiego dokonałbym wyboru? Czy zaakceptowałbym fakt, że dziecko byłoby uczone przez kreatywnego, wrażliwego i inteligentnego geja, czy też dla tak zwanego „moralnego bezpieczeństwa” wybrałbym mało lotnego, ale ustabilizowanego preferencyjnie heteroseksualistę? Aż do dziś nie potrafię jednoznacznie wybrać. To moja słabość u podłoża której wiją się pewnie jakieś uprzedzenia. I jednocześnie wynika to z braku zaufania do środowisk gejowskich (patrz wcześniejsze partie tekstu). A ufać jednak wolałbym. I niestety pojawia się w głębi duszy smutek utraconej szansy na kreatywny rozwój dziecka. Przypuszczalnie utraconej z powodu nabytej przecież, kostycznej, zastygłej w nieugiętych moralnością przekonaniach nauczyciela-średniaka. Bezpiecznie, ale bez polotu, czy kreatywnie, ale z ryzykiem…? Do dziś nie wiem. A to tylko jeden, mały przykład służący dyskusji.

Gdyby homoseksualiści nie tracili tyle sił na kolorowy, sugestywny, ale mało wiarygodny PR. Gdyby przestali posługiwać się sprytem i nie obawiali się ujawniać słabości własnego środowiska (bo przecież każde środowisko ma swoje słabości). Gdyby przestali rozmiękczać i relatywizować podstawy prawa naturalnego. Gdyby w końcu przestali uważać się za ofiary, a zaczęli budować zaufanie społeczne stabilnymi, długotrwałymi związkami, być może mniej czasu traciłbym na uprzedzenia.