Archiwum dla listopad, 2008

23.11.2008.

Autor: Adam Nowak

Hotel w Łomży. Przedwczoraj Łódź. W miastach na “ł” koncerty są baaaardzo dobre. W miastach na “g” również. I w innych miastach również. W “Parlamencie” rzeczywiście było garąco, ale za to wspólnie. A później ktoś nam puścił klime na plecy. Nie powiem Wam, co się dzieje z wykonawcą przy takich zmianach temperatur. Instrumenty przestają brzmieć. Człowiekowi również się to przytrafia. Delikatnie mówiąc.

 

Za oknem śnieg. Trochę niespodziewanie. Piękny początek zimy.  Wczoraj rano w TVP Kultura emitowali koncert z Krakowa z orkiestrą. Polubiłem te koncerty. Początki były dla mnie trudne. Inna, surowsza dyscyplina. Dyrygent przejmuje rolę współdecydującego, albo w wielu momentach po protu decydującego. Wszystko na jego znak. Ale jeśli jest to Michał Nesterowicz to wszystko na scenie może być na Jego znak. Wszyscy wiedzą co mają robić. Ten koncert w Elblągu… Wspominam z wielką czułością.

 

Dzisiaj nocą powrót. Nie założyłem jeszcze zimowych opon, więc będę jechał chyba czterdziestką. Właśnie oglądam prognozy na najbliższe chwile. Wesoło nie jest. Z domu dostałem informacje, że towarzystwo szykuje się do lepienia bałwana. No! I to jest bardzo prawidłowe wykorzystanie zasobów śnieżnych.

 

Pozdrawiam niedzielnie. NIestety zapomniałem jak się wkleja zdjęcia, więc chwilow nie wklejam. Miłego śnieżnego dnia.

12.11.2008.

Autor: Adam Nowak

Znów Warszawa. Listopadowa. Po Święcie Niepodległości. Mówią, że dziewięćdziesiąt lat tej niepodległości… Jak to dziewięćdziesiąt? Od trzydziestego dziewiątego do osiemdziesiątego dziewiątego jest pięćdziesiąt. To nasz kraj w tych latach był niepodległy…? W czasie II wojny zostaliśmy podzieleni jak bywało w historii. Po II wojnie nastał czas wolności i niepodległości? Przecież  w czasach komunizmu ważniejszym świętem była rocznica rewolucji. A Święto Niepodległści było uznawane za spadek po Polsce kapitalistów i wyzyskiwaczy. Po Polsce panów, szlachciórów, arystokracji. Przecież ta międzywojenna Polska była dla komunistów tworem wrogim, nieprzyjaznym Związkowi Radzieckiemu i polskim komunistom. Przez pięćdziesiąt lat żyliśmy w nawiasie historii pod hasłami “względna wolność” (cóż to takiego?), czy inaczej “niepodległość niszowa” (jakby pomieszać pojęciowo te kilkadziesiąt lat). Przypisuje się te dziewięćdziesiąt lat, żeby lepiej brzmiało, żeby rocznica okrąglejsza była, żeby w czasoprzestrzeni historycznej można było zapisać, że tak długo byliśmy państwem uznanym przez inne kraje. No tak. W tym kontekście to się może przydać przy kolejnym rozbiorze i negocjacjach z przyszłymi aliantami, żeby mieli świadomość, że taki kraj jak Polska istniał “aż” dziewięćdziesiąt lat. Pogratulować umiejętności przewidywania.

 

Wczoraj dzień kulturalny. Jeśli tak można nazwać wyprawę do kina. “33 sceny z życia” M. Szumowskiej przytrafiło mi się zobaczyć. Zobaczyłem. Widziałem. Pomyślałem. Przyznam, że magnesem byłą aktorska obecność Julii Jenstch, którą lubię. Dzisiaj Leszek, czy Jarek przy śniadaniu zapytał mnie o ranking najważniejszych dla mnie filmów. Bez wątpienia odpowiadam, że “Lot nad kukułczym gniazdem” jako pierwszy. Najwyżej. I na tym miescu chyba samotnie. Na drugim ”Ojciec Chrzestny”, ale już nie samotnie. Z wieloma innymi, jak filmy Kutza, jak filmy naszych reżyserów z lat sześćdziesiątych. No dużo tych filmów. Na trzecim miejscu te, w których obsadzie jest aktorka, w której się aktualnie bez wzajemności zakochałem. Filmy z rzeciego miejsca zatem nie mogą być uczciwie “obgadywane”, bo stosunek do nich mam realatywny. Nie powinienem, a mam. Cóż zrobić…? Film M. Szumowskiej (nie pytajcie proszę, które miejsce w rankingu zajmuje) - ważna wypowiedź. Prowokujący do pytań, jeśli przebrnie się przez niektóre estetyczne upodobania reżyserki. Pokazujący dokąd zmierzamy nie umiejąc współistnieć ze śmiercią, wszechobecną przecież, nieubłaganą, oczekującą na każdego z nas śmiercią. Współczesny człowiek, zdaje się, nie chce tejże śmierci widzieć. Nie umie z nią współistnieć. Próbuje ją z powodu lęku(?) trywializować, ale to jeszcze gorzej dla niego. Umierającemu należny jest szacunek, bo przejść musi przejść przez niewyobrażalne. I znaleźć się w niewyobrażalnym. Ne chcę pisać recencji, bo to nie moje zadanie. Mówię tylko o tym, co nasunęło się po obejrzeniu filmu. Mam wątpliwość, czy można pokazać umieranie, nieumiejętność towarzyszenia umierającym tak jednostronnie. Tak jakby nie istnieli ci, którzy starają się śmierć obłaskawić i z powodu miłości, szacunku (dla człowieka i śmierci) towarzyszą odchodzącym i wedle reguł tradycji (również) czynią z aktu umierania i pożegnania zmarłego coś, co powoduje, że ani umierający, ani żegnający nie tracą godności. W filmie M. Szumowskiej miałem tego nie zobaczyć. W związku z tym będe poszukiwał takiego filmu, w którym to będzie pokazane. Ale reżyserka zaznaczyła ważny problem.

 

Wypowiedź “Kosmy”… Jest szczera. Odważna. Przykłada bez ogródek. Dobrze. Szczerość jest w cenie. Odpowiadam. Nie zawsze wiem, co powiem. To nie oznacza, ze nie wiem, co mam do powiedzenia. Ryzyko nieprzygotowywania tak zwanej konferancjerki skutkuje pewną niedoskonałością. To się zgadza.  Niedostrzegłeś autoironii? Przenikliwy “Kosmo”. Mniej wybiórczo może można. Szerzej? Nie tylko tak jak oczekiwanie dyktuje. Jesli podoba Ci się nasza muzyka (czy słowa też? wykonanie słów?) to skazi Twoje odczucie koszulka w za wąskie paski, czy niedoprasowane spodnie, albo źle dobrany kolor skarpetek?  Ale napisałeś dość autorytarnie, że to co Ci doskwiera jakoby działo się zawsze. Jakbyś był na wielu koncertach. Taki ogólny pogląd. A byłeś na koncertach, na których mówiłem “Dobry wieczór” i “Dobranoc”? Otóż nie mam imperatywu zabawiania publiczności powtarzalnymi wypowiedziami. Najlepiej jakbyś podał przykład takiego koncertu, koncertów. Jednak, jeśli zanegujesz ten sposób mojej wypowiedzi, to nieodłącznie zanegować powinieneś resztę materii, z którą na koncercie obcujesz. Wypowiedzi między utworami wynikają z utworów, utwory wynikają z wypowiedzi. Na Twoje nieszczęście “sprzedajemy” to w pakiecie. Jednak niepokojące dla mnie jest co innego. Otóż czytam Twoje słowa, podobnie jak i zdarzające się inne co jakiś czas wypowiedzi, które mają modelować, formatować wykonawcę skrojonego do potrzeb odbiorcy. To by trzeba iść na koncert wykonawcy, który gwarantuje taki wymóg. I tacy są przecież. Być może trudno Ci się pogodzić z brakiem takiej gwarancji zaspokojenia potrzeb. Improwizacja ma swoje słabości. Moja improwizacja między piosenkami jest mi do czegoś potrzebna. Narzuciłem sobie taki obowiązek improwizowania. Mażna się oczywiście przygotować, nauczyć na pamięć i stosować te same wybiegi, zabiegi, wyszlifować profesjonalnie, co da się wyszlifować. “Kosma”. Jednym to przeszkadza innym nie. Rozumiem zgłaszanie postulatów. Ale przenikliwość niech najpierw dotyczy przenikliwych. To pomaga w ostrzeniu ogniskowej wyznawanych poglądów. Pozdrawiam  dziękuję za Twoją wypowiedź. Za inne zwyczajowo również. Miłego dnia.

 

Dziś już Wrocław. Sporo czasu w korkach. Pierwszy raz w życiu będziemy grali w Teatrze Lalek. Kiedyś zdawałem do wrocławskiej szkoly lalkarskiej. Może trzeba próbować różnych opcji w życiu, żeby odnaleźć tę jedną. Przynajmniej czasowo. Poszukanie i tak nie ma końca. Gdy się odnajdzie jedno-inne czeka w zanadrzu, w poczekalni, za węgłem nieodkrytego.

10.11.2008.

Autor: Adam Nowak

Warszawa. Poniedziałkowy poranek. Nikły jak na to miasto szum za oknem. Hotel elegancki, w centrum. Wczoraj Sala Kongresowa. Z hotelu przez ulice. Koci skok. Same miłe niespodzianki. Wypełniona Kongresowa czyni z nas zespół oficjalny, a ja tak bardzo lubię nieoficjalność. To niesustająco prowokuje mnie do pytania: czy w oficjalnej działalności można zachować pewną dozę nieoficjalności… Może można.

 

Piję gorącą czekoladę z torebki. No…czekoladę… Nie ma ona, ta czekolada, nic wspólnego z czekoladą, którą kedyś poczęstowany zostałem przez naszą znajomą z Torunia. Dzięki Asi wiem, jak smakuje Prawdziwa Gorąca Czekolada.

 

Słucham informacji o wypowiedzi PiSanego posła o B. Obamie. No! Pogratulować zaplecza. Ładnie. Dziarsko. Jakkolwiek PiS chciałby cokolwiek najczęściej wyjdzie źle. Wyjdzie jakieś z wora szydło. Partyjna propaganda nie dźwiga kreatywności członków tej partii. Wcale mnie to nie dziwi. Te wszystkie wpadki wynikają z braku szacunku dla ludzi, wygórowanego ego, nieumiejętności zobaczenia siebie w społecznym zwierciadle. A ono odbija tylko to, co odbija. Bez propagandy, makijażu, manipulacji, często kłamstwa. Coraz częściej mam wrażeie, że uniknęliśmy jakiegoś zamachu na wolny kraj. Działania Prezydenta za granicą komentowane są z drwiną, niezrozumieniem, półuśmiechem. O reakcjach w kraju nie wspomnę. Powiedziec można: każdy kowalem własnego losu (związek frazeologiczny w postaci kanonicznej). Zyczyć można wspomnianej partii pracy w kuźni życia na trzy zmiany. Są tacy ludzie, z którymi nie trzeba toczyć żadnych potyczek. Oni toczą je sami z sobą niszcząc się nawzajem. Wystarczy przypatrywać się tylko. Brak kompetencji, spryt, makiawelizm są najbardziej naturalnymi wrogami tych, którzy z podobnych “zalet” czerpią garściami. Gratulacje i powodzenia wdalszej działalności. Można dyskutować z Prezydentem Wałesą, mieć do NIego żal za różne zdarzenia, których był pomysłodawcą, czy uczestnikiem, ale nie można mu odmówić intuicji politycznej oraz umiejętności przewidywania rozwoju wydarzeń. Powiedział, że “za dziesięć lat nikt nie będzie wspominał o braciach Kaczyńskich” i trudno mu odmówić racji. A jeśli ktoś będzie wspominał to raczej nie w pozytywnym kontekście.

 

Aniani

Gdyby wyobrazić sobie rozczarowanie jakie kryje sie pod Twoim wpisem to stawianie mnie jako przykładu dla innych nie byłoby dobrym pomysłem. Każdy ma swoje wady. O moich mogłaby powiedzieć coś moja Żona. Dłogość przemowy byłaby nie krótsza niż Wielka Improwizacja z Dziadów Mickiewicza :-). Tak samo sygestywna i nasączona najwyższymi emocjami. Nie zniechęcaj się. Zniechęcenie odbiera siły, chęć działania, poszukiwania. Jeśli zapytalibyśmy mężczyzn w Twoim wieku o ich wnioski na temat młodych kobiet to pewnie nie uniknęliby w wypowiedziach sceptycyzmu. A jednak ludzie się poszukują, poznają, łączą w pary i idą razem. Mniej, czy bardziej doskonale…zostawmy to. Kobieta i mężczyzna funkcjonują w opisywalnych schematach. Miłość pozwala kruszyć ramy schematów i powoduje, że związek zaczyna być z powodu zaistniałej nieobecności…nieopisywalny, bo jego “idea” nie mieści się w schematach. Takiego intensywnego związku życzyć?  Być z kimś naprawdę. Do “bycia naprawdę” potrzebne są wspólne “przygody” (w każdym rozumieniu tego słowa). “Przygody”, które ujawniają jacy jesteśmy naprawdę w syuacjach krytycznych. To wymaga zaakceptowania tego stanu rzeczy i chęci zmiany, jeśli coś należy zmieniać. A jeśli kogokolwiek zmieniać to najpierw siebie. Tyle “redakcja” ma do powiedzenia. Dziękuję Ci za miłe słowa dotyczące długoletniej obecności blisko naszej obecności. Po prostu dziękuję i pozdrawiam.

07.11.2008.

Autor: Adam Nowak

Jesteśmy w trasie. Długiej dość jak na warunki krajowe, powiązania rodzinne, może trochę wiek i rodzaj zużycia materiału. Poznań wymusił na mnie dozwoloną ilość wspomnień. A dokładniej, pewną świadomość, że przyszło mi przebywać w warunkach mało przystających do siebie. Przed rokiem 89 i po tymże roku. Przypomniałem sobie klimat pewnej ulicy latem roku 1979. Ulica szeroka, dwupasmowa, samochodów niewiele, pojęcie przyszłości pozbawione jakiejkolwiek dynamiki. Czas zawieszony w trwaniu. Upał, jacyś przechodnie, kilku. Żadnych wybrażeń na temat tego, co nastąpiło dziesięć lat później. A to przecież tylko dziesięć lat. Wyobrażenie przyszłości, a raczej jej braku, dotyczące dojścia do następnej ulicy. Niewiele pytań osobistych, a mianowicie: co tam jest dalej w tych latach, które nastąpią, jakie wydarzenia obejmują, co przyniosą, co zabiorą… Nic żadnych takich pytań. Klekot starej ciężarówki, wóz z węglem wyjeżdżający z podwórka (ten widok i dziś nieobcy). Wspomnienie pokryte narzutą braku perspektywy. Nie smutno. Nie nie. Obco, przez szybę, zaparowaną gęstym, ciężkim, czerwcowym powietrzem miasta roku 1979. Dziwny, dziwny obrazek. To samo miejsce 29 lat później. Korek, klaksony, półmrok jesieni, przechodnie spieszący we wszystkie strony. W miejscach zapamiętanych inne sklepy, lokale. Niby kolorowo. Ale tylko niby. Może smutniej, choć dynamika wydarzeń pozornie większa. Może.

 

Koncert w sali kina “Grunwald”. Ostatni raz byłem w tym miejscu w wieku lat dziesięciu. Na poranku filmowym; “Dzielny szeryf Lucky Luck”, “Kaczor Donald”, “Myszka Miki”… Nie tak daleko od miejsca zamieszkania. Po koncercie odwiedził mnie w garderobie Leszek Chałupka. Przyniósł zdjęcia. Kolega z podwórka. Wielu nas było na tym podwórku. Całe nasze życie toczyło się na podwórku. Nostalgia jakaś mnie naszła. Do domów nie można nas było zapędzić. Rodzice wołali po kilkanaście razy. Dopiero gdy pojawiali się w drzwiach klatek schodowych ociężale i z niechęcią porzucaliśmy zabawy i żegnaliśmy się do następnego dnia rano. A wieczór na ogół był późny. Dobrze było. Różne przygody. Bezpieczne i nie. To tyle. Jutro Szczecin.

 

Mam prośbę. Techniczne zagadnienia dotyczące koncertów, biletów, pytań o wywiady i wszystko inne związane z zagadnieniami technicznymo-administracyjnymi proszę zamieszczać w dziale “Koncerty”, “Aktualności”, albo “Blog”.

 

Zbyszku.

Tak się zwracam, bo taki podpis pod Twoim wpisem. Nie udzielę wywiadu gazecie “Fakty i Mity”. Podobnie jak “Trybunie Ludu” i kilku innym periodykom. Nie jest mi po drodze z prezentowaną przez gazetę “FiM” wizją walki z hipokryzją. W ogóle nie jest mi drodze z walką. Rozumiem, że odpowiedź uznajesz za wystarczającą.

03.11.2008.

Autor: Adam Nowak

Każdego dnia inna data. Autorów zmiany czasu nie lubię. Drażni mnie ta pseudokorzyść ekonomiczna. Taka umowa podszyta złudzeniem, że coś oszczędzimy. Niczego nie oszczędzimy. Wziąwszy pod uwagę ilość obywatelskiej frustracji i zabiegów dotyczących zmiany czasu nie sądzę, by wynikały z tego jakieś korzyści.

 

Toruń wczoraj we mgle. Wilgotny. Wyobraziłem sobie tych, którzy podróżowali jadąc gdzieś samochodami. Nie zazdroszczę.

 

Wieczorem jeszcze pojechaliśmy na cmentarz, by dzieciom pokazać blask nekropolii. Często mnie zastanowiała ta stonowana łuna ponad grobami. NIe za dużo światła. Żadnej elektryczności (na szczęście). Tylko suma naturalnego światła z lampek. Bez względu na rodzaj opakowania pali się w tych lampkach knot. Ten płomień jakoś symbolizuje życie i pamięć. W tym wypadku życie w innym wymiarze. Po przejściu przez bramę śmierci. Po zabraniu przez śmierć. Po wyroku losu. Po decyzji nieodwołalnej. Nie naszej decyzji. Choć  zdarzają się różne przypadki.

 

Obrazek zospołu Ani Moderskiej dowcipny bardzo. Ja chyba robię na drutach, czy co? W rzeczywistości nie nabyłem takiej umiejętności. Ale “kominiarkę” na szydełku zrobiłem sobie kiedyś sam. Przechandlowałem za wino na którymś z wyjazdów dawno dawno temu.

 

Przyroda przygotowuje się do snu. Wczoraj na spacerze nad rzeką tłumaczyłem młodszej córce jak to wszystko jest dobrze ułożone. Zima nie przychodzi nagle. Ta zmiana jest przecież łagodna, długotrwała. Rośliny i zwierzęta wiedzą, że trzeba się przygotować. Przymrozki nadchodzą z wolna, sekwencyjnie rzec można. Trzeba się uczyć od przyrody. Bez czerpania przykładu z tejże mamy do czynienia tylko z nieuzasadnionym pośpiechem.

 

Wczoraj msza w osiedlowym “betoniaku”. Ogromnym jak na możliwości parafian. Wszędzie daleko. Przestrzeni jak w hali do gry w piłkę nożną. Głos księdza jednostajny, wysoki, z zaśpiewem, powielony echem odbijającym się od betonowych ścian. Żadnej kameralności. Maluczcy my w tym kontekście. Pewnie tacy jesteśmy. Maluczcy. I trzeba nam to pokazać. Uwaga: druga wersja wydarzeń. Monumentalizm ma służyć wdzięczności za wielkość Pana Boga. Czyż przyszedł na świat jako olbrzym? Jak wiadomo - nie. Taki sam mały jak my. Berbeć wierzgający nóżkami. Jakby się biedak odnalazł w takim betonowym kuriozum. W kąciku chyba gdzieś, kocem przykryty, żeby głosu księdza nie zagłuszyć. Taki płacz dziecka przecież w kościele przeszkadza. Mam wrażenie, że część z tych monumentalnych świątyń powstała z intencji górowania na osiedlami, nad innymi budynkami. Nie wiem, czy to dobrze. Czy ta chęć dominacji ma uzasadnienie. Kościół opuszczony przez ludzi staje się tylko budynkiem i to często budynkiem w złym guście. Czy istnieje coś takiego jak “gust” wiary… Jeśli istnieje jakość wiary to i nad gustem można się zastanowić. Albo inaczej. Gust efektów działań wierzącego. Można się domyślać, że Panu Bogu bliska jest jakość. Wszak istnieje wymóg pracowitości, roztropności, wykorzystania talentów. Gdzie w “betoniaku” dostrzec można te zalety…